Noooo, to Orkiestra na ulicach
grać przestała, jednostki uśmiechnięte znów okopały się na
swoich z góry upatrzonych, niewidocznych dla świata pozycjach,
Polska wróciła do swej standardowej, codziennej walki o byt. Bezinteresowne uśmiechy zostały przy okazji schowane na jakiś rok.
Codziennym bytem w
tym kraju jest misja: znaleźć powód, żeby się do czegoś
doPOLdolić (takie to hasło uknułem). Przykład z poranka. Mam
zaprzyjaźnioną piekarnię, gdzie zachodzę przy okazji przedrowerowego wysikania psa – oczywiście panie pozwalają, a wręcz jedna z nich
zachęca, żeby Kropa wchodziła ze mną, jednak zawsze staram się
robić to tylko wtedy, gdy nie ma ludzi. Dokładnie tak dziś było.
Jednak traf chciał, że chwilę po mnie do przybytku wparował jakiś
dziadek. Z takim wyrazem pyska, że nawet na twarzy Kropki
pojawiło się zakłopotanie :) I na start:
- Tu z psem nie
można!
- Przepraszam, a pan
tu pracuje, że to pana boli?
- Nie, ale z psem
nie wolno!
- A na jakiej niby
podstawie pan tak twierdzi?
- Bo za to są kary!
- Jakie konkretnie?
Proszę mi podać jakiś przepis o tym mówiący. A, no i dać
mandat.
- Nie mam uprawnień
do mandatów, ale… nie wolno!
- O tym decyduje nie pan, a osoby pracujące w sklepie. Myślę, że na
tym możemy zakończyć, chyba że chce pan pójść dalej i poruszyć
temat higieny zwierząt i niektórych ludzi, którzy tu wchodzą…
Pan sobie jeszcze
poblublał coś pod nosem, pani sprzedała mi pyszne bułeczki,
podziękowałem, życzyłem miłego dnia i… już wiedziałem, iż w
tym kraju nic się nie zmieniło. Potem jeszcze prawie bym zginął
pod kołami istoty w samochodzie, która prawie mnie zmiotła z
powierzchni ziemi skręcając i
przejeżdżając przez pas rowerowy jakbym był powietrzem, kilka
razy musiałem hamować przez wymuszających pierwszeństwo i ze dwa
razy usłyszałem klakson. Ot, dzień jak co dzień.
Sama trasa to
zachodni, baaaaardzo wietrzny standard: Poznań – Luboń – Wiry –
Komorniki – Szreniawa – Rosnowo – Chomęcice – Konarzewo –
Trzcielin – Dopiewo – Dopiewiec – Palędzie – Gołuski –
Plewiska – Poznań. Pod koniec pojawił
się deszcz, którego w żadnej prognozie nie wymyślono. Też
ostatnio nic dziwnego :)
Yurek55 - spokojnie, dzięki za troskę, staram się sobie radzić w życiu codziennym, jak i na polu zawodowym. Jakoś leci od prawie 40 lat na tym padole. Za to psychika mocno się zahartowała :) Ulewanie najczęściej tłumię, tak na blogu, jak i w tłumie.
Lapec - hm, aż musiałem spojrzeć, że to o mnie chodzi, bo jakoś te cyferki mi głównie ulatują :) Dzięki! Gburem się nie przejmuję, wręcz traktuję go jako model idealny do codzienności :)
Całe szczęście, że to tylko dziś, tak chwilowo Ci się ulało i dałeś upust swej żałości. Ten wpis jest mocno depresyjny i już zaczynałem się martwić. :)
Huann - ale ja lubię trzynaste dni, szczególnie piątkowe... :)
Yurek - zdziwię Cię, ale ja akurat nie jestem nieszczęśliwy, dzięki za troskę, oczywiście w pełni szczerą, jak sądzę. Mam to szczęście, że otaczam się osobami wesołymi, otwartymi oraz rozumiejącymi świat trochę szerzej niż z obowiązkowego aktualnie odgórnego kopyta. I póki mogę unikam interakcji z wyznawcami tego ostatniego. To się sprawdza. A "Polska" i "ten kraj" użyłem w tekście jako zamienniki, wiem, że z niezrozumiałych przyczyn prawica widzi w tym coś złego. Ja nie.
Bitels - dobrze, że są te WOŚP-y. Na szczęście trwają dłużej niż tragedie.
DaruS - ale ten dziad zapewne codziennie ma zły dzień. To się odbijało w oczach :)
Roadrunner - hehe, pomysł dobry, ale pies nie pije, ja też nie miałem tego dziś w planach :)
Szkoda gadać, w starciu z samochodami zawsze będziemy słabsi. Naszych uwag kierowca najczesciej nie usłyszy a my klakson przeważnie tak. Dziad się zwyczajnie musiał przypiekarnić bo by miał zły dzień.
Trollking, wystarczająco długo żyjesz w tym kraju, żeby wiedzieć że część Polaków kocha jęczeć na swój los i dowalać się o byle pierdołę. A zrobić coś razem i z życzliwością to tylko w czasie różnych tragedii lub takich akcji jak WOŚP. Taki naród...
Ano - nawet jakby trzynasty mógł być przypadkiem szczęśliwy, to u nas i tak będzie nieszczęśliwy. Bo tak, bo nie wolno, bo ma być dopierPOL oraz bleee i już.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"