Miał być dziś opad, a był niepad. Nie żebym narzekał, bo to zdecydowanie miłe zaskoczenie, ale trzeba było straszyć? To pytanie oczywiście do pań i panów pogodynek, jak już wielokrotnie wspominałem - wróżek i magików, przy których Wróżbita Maciej to niemal utytułowany fizyk nuklearny.
W związku z zapowiadanym tym, czego nie było, ruszyłem Czarnuchem, sprzętem opancerzonym (przynajmniej z tyłu) antydeszczowo. Niebo, raz jasne, raz ciemne, było problemem mniejszym. Tym istotnym, upierdliwym był wiatr, który przez pierwsze kilkanaście kilometrów (Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo) robił ze mną co chciał. Ale tym razem miałem szczęście i gdzieś przed Mosiną mogłem zacząć grzać się w ciepełku wydzielanym przez ciągnik z naczepą, który może nie był demonem prędkości, ale te 25 do 30 km/h wyciągał, za wyjątkiem samej Mosiny, gdzie jakby na złość wlókł się poniżej dwudziestki. Co najważniejsze - wiedział, dokąd zamierzałem jechać, towarzysząc mi przez Krosinko i oba Dymaczewa do granic Będlewa, gdzie niestety skręcił na jakąś posesję, jednocześnie otrzymując ode mnie podziękowania. Bo taką pomoc się chwali. A wracałem swoimi śladami - TUTAJ Relive.
No właśnie, Będlewo. Dawno mnie tu nie było. Cieszy, że tamtejszy pałac, aktualnie restauracja, hotel oraz centrum konferencyjne Polskiej Akademii Nauk, pięknieje. Jeszcze kilka lat temu stan obiektu wydawał mi się o wiele gorszy. Fajne jest też otoczenie, czyli leśne ostępy chronione przez Obszar Natura 2000, któremu nawet szyszkopodobne bestie nie za bardzo mogą podskoczyć. Ale oczywiście musi być też jakieś "ale", czyli specjalność zakładu zwanego Nadleśnictwem Konstantynowo - zakaz wprowadzania psów. Szkoda, że obok nie ma zakazu wprowadzania myśliwych - o, to by miało jakiś sens. Gdy jechałem śmieszką w Łęczycy, prawie na jej środku zobaczyłem... rower. A w sumie trupa roweru, bo jego stan był gorszy nawet niż mojej szosy (przy okazji raport z frontu - części jeszcze nie doszły, jest minimalna szansa, iż stanie się to jutro). A że do czego jak do czego, ale do dwóch kółek mam sentyment, zatrzymałem się i przestawiłem ów wehikuł na bok drogi. Co ciekawe - gdy wracałem (w sumie minęła może godzina) nie było po nim już śladu. Chciałbym wierzyć, iż przyjechał po niego właściciel, ale coś mi się wydaje, iż raczej jakiś rodak zwietrzył interes życia i dostarczył go na pobliskie (kilkaset metrów dalej) złomowisko :)
DaruS - pewnie tak, choć te zęby przypominają moje z ostatniego serwisu :) Już nie mówiąc o łańcuchu. O właśnie, zakaz jazdy rowerem - czegoś mi tu brakowało, przecież żyjemy w Polsce! :)
Lapec - tylko że ta wielka wyprzedaż jest tak plus minus dziesięć kilometrów od tego miejsca, To chyba nie to ;) Zakażą pewnie i oddychania, już na pewno podczas polowań - to jest w zaawansowanych planach, żeby nie przeszkadzać naszym kochanym wąsatym rzeźnikom...
Huann - kto by się spodziewał, taka solidarność :)
W sumie nie taki trup. Nie jedna wiejska babka jeździła by nim do końca życia do sklepu ;) Nieruchomość rzeczywiście piękna i oby jak najwięcej takich ratowano, nawet jeśli mają być komercyjnymi hotelami. Do lasu brakuje jeszcze zakazu wjazdu rowerem i byłby koŃplet.
Oj nie, nie... :) Jest jeden Dziadyga, z jednym Rowerem. To nie popierdółka żałosna, taka jak ja, która sobie wybiera dwa kółka do pogody. On miał (ma?) jeden, niezniszczalny, którego by nie opuścił. Przynajmniej tak to widzę jako niewarty wymienienia gdziekolwiek (prócz tego bloga) skromny mijacz dziadygowy :)
Nieeee, to nie ten :) Ten jego był (jest?) pancerny, bez koszyczka, na pewno nie damski. Natomiast nie wykluczam, że to Dziadyga pomógł rowerowi ze zdjęcia stamtąd zniknąć :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"