Po dwóch glutowych dniach fajnie było wrócić na szosę w pełnym wymiarze. Tym bardziej, że wyjątkowo mogłem odespać wczorajsze nienormalne wstawanie przed siódmą rano w celach okołozawodowych. Oby jak najmniej takich głupot w przyszłości :)
Pogoda, prócz chłodku, była całkiem przyzwoita. Wiatr męczył, ale nie zabijał, słońce ładnie świeciło, no i najważniejsze - już nie padało. Taki listopad to ja rozumiem. Gdyby nie tona ciuchów na sobie oraz ciężkie powietrze, pewnie średnia byłaby przyzwoita.
Skoro Radzewice, to obowiązkowa chwila relaksu w porcie. Ładowanie akumulatorów udane. Gdy stamtąd wyjeżdżałem, akurat pędził od strony Śremu kolarz, którego - mimo kilkuset metrów przewagi na starcie - udało się dogonić, a potem aż do Czapur powieźć na kole (potem skręcił w kierunku Babek). Czyli aż tak źle ze mną nie jest :)
Niestety, była też łyżka (a i łyżki do opon) dziegciu, oczywiście wylana na Starołęckiej. Dobrze, że przednie, a nie tylne koło. Miałem też przez chwilę sympatycznego pomocnika, ale gdy zaczął wykonywać niepokojące ruchy wskazujące na załatwienie pewnej potrzeby fizjologicznej na ramę Trek(s)a, jego pani skierowała go na szczęście w inne rejony :) Aha, spotkałem też Bozię, która ostatnimi tygodniami jest częstym gościem na tym blogu :) Żeby się przywitać, zaryzykowałem nawet mandat za olanie zakazu jazdy rowerem w Łęczycy, co - mam nadzieję - nie zostanie mi zapomniane :)
Komentarze (10)
Obawiam się, że jakby tematem formalnie zajęli się ziemscy ludzie od Bozi, taniej by wyszły jednak te dętki :)
Zajadłość moja? Jechałem na czczo, więc nie kumam :)
"Katus"? Zapewne chodzi o katolika, jak się jedynie mogę domyślać (bo nie chcę myśleć o literówkach, które mogły się zdarzyć)? Owszem, byłem, jak to bywa z religiami - odgórnie.
Psy się na mnie poznają, to fakt. Nawet obsikanie przez te szlachetne istoty przyjąłbym z uśmiechem, bo u nich to nie przejaw złośliwości. To nie ludzie.
Aha, w sumie nawet pomysłowy tymczasowy login, muszę przyznać.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"