Glut niespodziewany
Zrobiłem błąd i zaufałem, czyli postanowiłem się wyspać. Oj, potrzebowałem tego. Gdy przyszedł czas na wstawanie, zauważyłem co prawda mokre ulice, ale założyłem, że to jakieś pozostałości po nocy i spokojnie zjadłem śniadanie, poszedłem z psem, odwiedziłem sklep zoologiczny, kupiłem świętomarcińskie rogale sztuk dwie, wróciłem do domu i... w tym momencie lunęło. Noż kurdesz(cz)!
No ale spoko. Przecież prognozy wciąż pokazywały, że koło południa się wypogodzi. A jedna nawet, że wcale nie pada :) Spędziłem więc sympatyczny poranek najpierw z książką, a potem nadrabiając z Żoną zaległe odcinki serialu "Dark" na Netflixie. Oczywiście cały czas zerkałem nieśmiało za okno. A tam... coraz gorzej.
W końcu gdzieś koło 13:30 opad przeszedł w mżawkę. Priorytety trzeba znać, więc postanowiłem najpierw zająć się Kropą, która może specjalnie zachwycona warunkami nie była, ale każda okazja jest przecież dobra, żeby ponosić przez te pięć kilometrów jakiś skromny patyczek :) Więc Dębinka została odbębniona.

Gdy wracaliśmy, nie padało. Szybko więc przesiadka na strój rowerowy, Czarnucha pod pachę i wykonać cokolwiek, choćby gluta. Co prawda miałem chrapkę na pełen klasyk, ale czasu przed zmrokiem już na to nie było. Wykonałem więc zachodnią krótką wariację: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Poznań. Chyba nie muszę dodawać, że deszcz wrócił? :)


Lepszy glut niż nic. Ale zły jestem.
Raportu maryjnego ciąg dalszy. Objazdowe tourne coraz bliżej, niemal już puka do mych drzwi :) Jakoś teraz - z tego co zauważyłem - Łęczyca oraz Wiry, potem chyba Luboń. W związku z tym ostatnim pozostaje życzyć wiele szczęścia oraz powodzenia. I współczuć :)










