Nieprzypaskuduś
Wiało (mocno, z południa i zachodu), dawało zimnem, przez chwilę nawet padało. Te trzy elementy spowodowały, iż już na starcie wiedziałem, że pełzanie to maks, na co mogę sobie pozwolić. I sobie pozwoliłem :)
Z (a)trakcji wymienić mogę jedynie czekanie dwukrotnie na zamkniętych rogatkach na odcinku... dwóch kilometrów. Czyli tak w Dopiewie, jak w Dopiewcu.
Trasa to zachodnie coś: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Rosnowo - Chomęcice - Konarzewo - Trzcielin - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Plewiska - Poznań.



No wiało :) Poza tym bez historii i histerii, więc na tym koniec o dniu dzisiejszym. Aha, oczywiście wciąż do pracy dojeżdżam rowerem, póki pogoda w miarę pozwala.
Zapomniałem, że... zapomniałem. Podsumować październik :) Ciężki to był miesiąc, spędzony pomiędzy przymrozkami, wiatrami, momentami słonecznymi, choć zdarzył się też miły przerywnik w Sudetach. Kręciłem wszystkimi moimi rowerami i wyszło z tego 1787 kilometrów, ze średnią 27,4 km/h. Czyli cieniusio :) Za to nie najgorzej, bo 102,5 kilosów, było rejestrowanego dreptania, oczywiście głównie z Kropą.








