Pogodowa drwina i historia Darwina
a) dżdżyście;
b) mgliśce;
c) wietrznie (choć to bez tragedii);
d) do dupy.
Przy czym punkt - nomem omen - "d" z grubsza zawiera sumę "a+b+c" :)
Ruszyłem trochę przed dziewiątą, gdy w końcu udało mi się zwlec z wyra, co było sztuką niełatwą. Trasa to zachodni robal: Poznań - Plewiska - serwisówki - Zakrzewo - Sierosław - Więckowice - Fiałkowo - Dopiewo - Dopiewiec - Palędzie - Gołuski - Poznań.

Po raz kolejny się przekonałem, że na skręcie z DW307 do Więckowic niedawno montowana sygnalizacja kompletnie nie łapie rowerzystów. Poczekałem grzecznie jakieś trzy minuty, żeby w końcu chcąc nie chcąc (a spieszyłem się do pracy) z musu przejechać na czerwonym. I jak tu być praworządnym? :)

Dystans zawiera dojazd do roboty, niestety znów w mżawce.
W ogóle to paskudnie było, nie da się ukryć. Kompletny kontrast z dniem wczorajszym, który był po południu pięknym podsumowaniem jesieni. Skorzystałem z okazji i kopsnąłem się do sąsiedniego województwa, na grób Babci. Było już pustawo, tłumy odjechałem, więc dzień wybrałem idealny. Do tego poznałem... Darwina. A w sumie to on się poznał na Kropie, lecąc za nami jak szalony. Oto on, w całej okazałości (już spokojny i ugłaskany):

Pies był zadbany i dziwne się wydało, czemu lata sam po ulicy, postanowiłem więc głupolowi się przyjrzeć. Znalazłem przy obroży nieśmiertelnik, a na nim wygrawerowane numery kontaktowe. Okazało się, że chłopina uciekł jakoś przez ogrodzenie i poleciał na baby :) Powiedziałem, gdzie należy szukać czworonożnej zguby, ale czekać czasu nie miałem, więc jedynie odebrałem podziękowania od miłej pani, która już wysyłała męża z misją. Mam nadzieję, że Darwin wrócił do swoich :)
A na koniec, dla kontrastu z dzisiejszym dzionkiem, kilka fotek z przeuroczych okolic Obornik Śląskich - oj, ganiało się po tych terenach za bachora, warto było wczoraj zrobić sentymentalny, ośmiokilometrowy spacer.


















