Sam przed sobą muszę przyznać, że czego jak czego, ale optymizmu w temacie rowerowym mi nie brakuje. Wiem, że będzie padać, ale udaję, że tego nie wiem. No i kończy się to tak, jak dziś. O czym w szczegółach poniżej :)
Generalnie początek, czyli wyjazd koło dziewiątej rano, nie zapowiadał się źle. Drogi mokre po nocy, ale niebo takie z gatunku pół na pól dawały szansę, żeby myśleć (a w sumie nie myśleć), iż wrócę o suchej stopie. Taa... :)
Zapobiegliwie wyruszyłem Czarnuchem, za co sobie później dziękowałem. A przy okazji wymyśliłem, że jeśli się da, to zaliczę kawałek trasy w terenie, co stało się faktem po przejechaniu odcinka z Poznania przez Luboń i Wiry do Łęczycy, gdzie niedawno wyhaczyłem całkiem fajną asfaltową górkę prowadzącą do granic Wielkopolskiego Parku Narodowego. A tam zaczęła się zabawa, czyli koleiny, syf, błocko, błocko, błocko... Czyli radocha :) Dopchałem się do Greiserówki lasami, następnie do Komornik, Szreniawy i kurs na zachód, bo przecież nie będzie padać, prawda?
Prawda? :) Gówno prawda.
Udało mi się dokręcić do Chomęcic, gdzie wyszukałem najbliższy przystanek i zapobiegliwie pod nim schowałem. W ostatniej chwili. Po dobrych piętnastu minutach nieśmiało wystawiłem nos i ruszyłem dalej, licząc na to, że opad był przelotny.
No nie był. Kilka kilometrów dalej, w Konarzewie, nastąpiła powtórka z rozrywki. Tyle że tu już mogłem nie tylko podziwiać opisywaną już kiedyś przeze mnie tfu-rczość zaangażowaną, ale i wyklejkę, zapewne robioną w pobliskiej szkole na lekcji religii, z zaproszeniem na agitację wyborczą pana z partii zrzędzącej :) Najgorsze jednak ukazało mi się na horyzoncie: nagle zerwał się mocny wiatr, do tego taki, który całkowicie zmienił swój kierunek - do tej pory był południowy, a nagle zrobił się północny. Już wiedziałem, co mnie czeka w drodze powrotnej i się nie myliłem - mordęga :/ Jakoś udało mi się ponownie zacząć kręcić, więc ciągle z podmuchami z boku i w pysk doczłapałem przez Dopiewo, Dopiewiec, Palędzie, Gołuski i Plewiska do domu. Oj, ciężkie dziś miałem wyzwanie - na szczęście udało się wykręcić swoje pięć dych, ale saszetka z prochami antyprzeziębieniowymi wleciała po powrocie obowiązkowo. Dobrze, że do pracy miałem dziś na trzynastą, bo stojąc pod daszkami - zamiast jadąc - spędziłem dziś dobre pół godziny, bo jeszcze jedna wiata wleciała na samym początku, w Wirach. Coż, sezon na Polskę podWiatową po raz kolejny uważam za otwarty. Huczna to była impreza, nie ma co :)
Huann - akurat dla mnie ten dylemat był prosty. Jeśli jesteś osobą wierzącą, to uznajesz, że Bóg stworzył świat ożywiony, czyli zwierzęta. Logiczne więc, że najpierw była kura. Natomiast jeśli myślisz kategoriami ewolucji, to wiesz, że ptaki pochodzą od gadów, więc ostatni gad lub ptak, który kurą nie był, musiał złożyć jajo, z którego takowa się narodziła. Tu wygrywa jajo. Więc pytanie: co było pierwsze? powinno brzmieć: wierzysz czy nie? :)
Na pytanie, co było pierwsze - kura, czy jajko, zazwyczaj odpowiadałem, że kurczak z curry, ale od pewnego czasu popieram teorię głoszącą, że pierwszy był bulion pierwotny :)
Uwielbiam zupki Vifon, ale się zepsuli - kiedyś dwie moje ulubione: Kim Chi oraz Lau Thai były wegetariańskie, a od jakiegoś czasu dodają tłuszcz zwierzęcy :( Jedną z niewielu wege jest curry o smaku... kurczaka :)
Każdy deszcz jest przelotny - bo w końcu przeleci :) Jak to mówi chińska mądrość z opakowania zupki Vifon (dobrze swoją drogą rozgrzewają, zwłaszcza te pikantne!): "Nie przemoczy Cię deszcz, który minął". Chyba, że nie trafisz z dreszczu pod aspirynnę, ani pelerynnę :D
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"