Uleśnie
Generalnie jednak główne pretensje mogę mieć do siebie. Bo zaufałem prognozom (wiem, wiem, jestem jak bite dziecko wąsatego tatusia alkoholika, które wciąż wierzy, że chlanie się kiedyś skończy), które solidarnie twierdziły, że zacznie padać dopiero w południe. No i faktycznie, zaczęło. Kolejną turę :)
Wyruszyłem po dziewiątej, zapobiegliwe wybierając Czarnucha. Początkowo, czyli przez pierwsze piętnaście kilometrów, raz kropiło, raz nie, ale jechało się nawet sympatycznie. Z Dębca chciałem się pierwotnie dostać na Junikowo, ale na widok zamkniętego przejazdu kolejowego na Kopaninie i perspektywie kilkunastu minut czekania, zmieniłem zdanie i skierowałem się przez Plewiska oraz Skórzewo do Dąbrówki, gdzie wpadłem na pomysł wjechania w las i dostania się nim do Dopiewca. Jechałem tamtędy jakieś dwa lata temu crossem i pamiętałem fajne, w miarę dzikie ostępy, byłem więc gotowy na akcję spod hasła "zielono mi". Jak się okazało - to se ne vrati.
Gdy już minąłem tabliczkę Leśnictwa Konstantynowo, z debilnym zakazem wprowadzania psów...

...nagle zamiast w lesie znalazłem się na jakimś nowym osiedlu. I to nie kilku domkach na krzyż, tylko w państwie w państwie, labiryncie betonu, w którym się centralnie pogubiłem. Kilka razy musiałem zawracać, bo posesje były częściowo ogrodzone, pełno było zamkniętych uliczek, jednym słowem koszmar. W końcu jednak udało mi się znaleźć drzwi do lasu, czyli niedomkniętą bramkę, dzięki której wróciłem do żywych. Przyznam, że tu zacząłem bawić się setnie, bo w swej łaskawości jeszcze nikt nie zdążył wyciąć wszystkich drzew...


...ale niestety znów dróżki skierowały mnie do cholernej cywilizacji. Nie wiem, czy to ja coś pomieszałem, czy faktycznie przez okres niebytności tu genialna zielona miejscówka przestała istnieć, fakty były jednak takie, że pozostało mi już jedynie poruszanie się drogą, czyli trasą przez Palędzie, Dopiewiec, Dopiewo, Konarzewo, Chomęcice, Rosnowo, Komorniki oraz Plewiska do domu. Tyle że już przy konkretnej ulewie - po powrocie pralka z radością mnie zobaczyła :) Nie pomógł nawet błotnik, bo ponad trzydzieści kilometrów roweru wodnego zrobiło swoje. Od razu też zapodałem sobie Gripex i tabsy na gardło, mam nadzieję, że ten wypad nie skończy się przeziębieniem. Ot, urlopik :)

Na szczęście na kierze Czarnucha nie mam wypasionej wodoszczelnej Sigmy, tylko tani licznik z marketu, więc nie przestał działać ani przez chwilę :)
Relive tym razem w dwóch częściach, bo telefon zamókł i się wyłączył. TU część pierwsza, TU druga, ale gps szalał, więc bardzo przekłamana.
Na koniec smaczek z Plewisk (z samego początku, gdy jeszcze nie padało). Kiedyś już wklejałem, ale tego widoku nigdy za dużo. Przypominam, że moje koła mają 29 cali :)









