Wiało. Mocno, Ale - tym razem na szczęście - z północnego zachodu, mogłem więc lekko pokombinować, żeby wykorzystać możliwości powyższego sprzętu, oczywiście w terenie. Jednak zanim do niego dotarłem, musiałem przepchać się przez połowę miasta, co jak zwykle było pieszczotą dość specyficzną :)
Jakoś się jednak udało - z Dębca poczłapałem wzdłuż Góreckiej i Hetmańskiej na Grunwald, następnie boczkiem minąłem Jeżyce i w końcu dotarłem do Golęcina, gdzie mogłem zagłębić się w las, sam sobie fundując frajdę w postaci możliwości kręcenia przez plus minus dwanaście kilometrów po szutrach, szyszkach, korzeniach i innych tego typu atrakcjach. Fajno było :) Na trasie nie mogło zabraknąć jezior: Rusałki oraz Strzeszyńskiego, które zawsze cieszą, gdy nie wylegują się nad nimi stada bydł... to znaczy nie ma za dużo ludzi :) Nad Strzeszynkiem spotkałem Poszukiwaczy Zaginionego Żelastwa. Dzielnie wyławiali to, co się wyłowić dało, głównie monety. Dopytałem, ile kosztuje taki sprzęt do szukania, a gdy usłyszałem cenę (około trzech tysięcy), życzyłem tylko powodzenia :) Mimo że nie palę, to cenię sobie każde ostrzeżenie :) Jakby się dymiło, mogę zawsze wykonać nagły uskok. Pod koniec części terenowej, czyli na Psarskim, zostałem "lekko" zaskoczony zamkniętym przejazdem kolejowym, który jednak za zgodą majstrów od torowisk udało się pokonać piechotą. Reszta trasy to już asfalty. W Kiekrzu usiadł mi na kole jakiś szoszon i nie chciał współpracować, więc z zaskoczenia zmieniłem kierunek i pokręciłem przez Rogierówko i Kobylniki do Sadów, a stamtąd już klasycznymi ścieżkami przez Swadzim, Batorowo, Lusowo, Zakrzewo, serwisówki i Plewiska do domu.
Myślałem, że zdążę do pracy na luzie, ale miałem to wyjątkowo szczęście, że w piekarni trafiłem na dwie babinki o poziomie podejrzliwości wyższej niż u Macierewicza. A te bułeczki to z czego, ciasto kiedy robione, ziarna w chlebku jakie? Nie pomagało nawet moje sapanie i chrząkanie - minęło bite dziesięć minut zanim wypełzły z przybytku. A ja już miałem tylko jedno wyjście, żeby dotrzeć do roboty o czasie - pojechać rowerem. Co niniejszym zrobiłem, a dystans doliczam do całości.
Jutro znów Czarnuch, bo bębenek do T-rek(s)a jeszcze nie dotarł :/
Tu akurat parkowałem z rowerem, więc tematu psa nie było, ale mam zaprzyjaźnioną piekarnię, gdzie jedna z pań najchętniej by założyła bułkowy fanklub Kropy. Ona może wchodzić, klienci muszą wyjść jeśli coś przeszkadza :)
Konduktorzy najczęściej też są spoko nastawieni, ale Kropka jeszcze póki co Krotkiem nie została :)
Też mam ogromną większość sprawdzonych i miłych, ale wyjątki się zdarzają xD. Kropa nie zostaje na zewnątrz? Mi tam w ogóle nie przeszkadza, ale dziwne że jakaś stara torba się nie doczepiła. Ze wspomnień pamiętam jak z Gochą z Sally jechaliśmy w góry - bilet dla psa był po 2zl (żaden pieniędz), ale Pan konduktor stwierdził że może ja uznać za kota i jak będzie jechać na kolanach to niech za darmo jedzie heh :D
Wodę to ja lubię, z pozycji zamoczonych stóp. Już przy kolanach czuję zagrożenie :)
A to dziwne, że w piekarni takie chamstwo - ja generalnie mam większość pozytywnie sprawdzonych, co więcej - mało jest takich, żeby się nie dało Kropy wprowadzić. Trzeba tylko pilnować, żeby jakaś prukwa (w sensie klientka) z tapirem na łbie nie zaczęła wybierać numeru do Sanepidu :)
Też nie przepadam za wodą, ale jak trafię na pustki, to zawsze chętnie przycupne ;)
Z bułkarnią też miałem ostatnio przygodę z koleżankami - jedna za, i jedna przed ladą. Na moją prośbę o ino 3 bułki, bo się śpieszę na pociąg do pracy, dostałem odpowiedź od pani sprzed lady: to se Pan kolejnym pojedzie xD. Fajnie tak, nie za grzecznie heh
Ja wolę asfalty, ale mam jakiś tydzień ascezy szosowej, w sumie nie narzekam :)
Taaaa... Jakże bym wolał podjechać sobie nad jeziorko i zobaczyć tam jakieś pasące się stado saren niż grube spasione ludzkie bebechy i wrzeszczącą dzieciarnię... :)
Bardzo ładnie :) mnie cieszy każdy kilometr, ale te poza asfaltem jakoś bardziej. Cóż, co do ''gołodupców'' nad jeziorami się zgadzam, że lepiej jak ich nie ma i nie zaburzają widoku ;) Z resztą sporty wodne to nie jest zupełnie moja ''bajka'' :P
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"