Goniąc króliczka :)
"NieHurra!"-kiem był za to wiatr, który na trasie zmienił mi się z południowego na północny, oczywiście wtedy, gdy wracałem, ale w sumie nie było z nim tak najgorzej.
Trasa to najbardziej klasyczne z klasycznych "kondominium": Poznań - Luboń - Wiry - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Krosinko - Dymaczewo - Łódź - Witobel - Stęszew - Dębienko - Szreniawa - Komorniki - Poznań. Bez przygód, choć nie powiem, korki w Mosinie oraz Stęszewie mnie zaskoczyły, ale przecież jutro jest niedziela bez handlu, trzeba więc zaopatrzyć się na cały tydzień.

Na granicy Witobla i Stęszewa koszmarek rośnie w siłę. Już nie ma złudzeń - to będzie DDR-ka, najbardziej biało-czerwona z rodzimych, bo z kostki, z falami Dunaju i obowiązkowo z przejazdem z prawej na lewą. Tak, przypominam, mamy XXI wiek, a nie lata 90. wieku XX...


Skoro już jestem przy śmieszkach - gdy jechałem sobie tą w Łęczycy, na horyzoncie ukazał mi się jeden szoszon, który nie tylko zignorował zakaz jazdy rowerem (fakt, abstrakcyjny, ale tylko na takie nie mam patentów na wytłumaczenie się przed policją) oraz wszystkie możliwe czerwone światła.

Postanowiłem sprawdzić, czy go dogonię, kręcąc antyrowerowymi wynalazkami i przestrzegając przepisów. Pojechałem naokoło, bo się inaczej nie dało, postałem chwilę na wjeździe z podporządkowanej, odstałem swoje na światłach i.. dogoniłem. Tylko jak się okazało nie tego. Podobni byli :) Pozdrowiłem i zacząłem dalszy pościg. W Mosinie dogoniłem króliczka :) Właściwego. Tyle że po sekundzie już każdy jechał w swoją stronę, więc nie zdążyłem dopytać o to, jakim cudem wciąż żyje.
Z innych polskich klasyków...

No i w końcu mam chwilę na podsumowanie czerwca. W mega upalnym, więc ciężkim miesiącu, zrobiłem 1735 kilometrów, ze średnią 28,8 km/h, w tym wpadła jedna stówa do Czyśćca i jedna Przełęcz Karkonoska wykonana na trupie. Ujdzie :) De tego doszło prawie 95 kilometrów spacerów z Kropą.
Dystans - jak zwykle - zawiera dystans "pracowy".








