Rano padało - również nie hurra! Ale na szczęście słabo, więc w sumie hurra, bo dzięki temu pojawiła się motywacja do poważniejszego testu Czarnucha w warunkach zbliżonych do bojowych :)
Oczywiście kierunek mógł być jeden - Wielkopolski Park Narodowy. Żeby się do niego dostać, musiałem najpierw przebić się przez Luboń, co jak zwykle oznaczało kryzys w mojej chęci do jazdy, ale jakoś się udało. Do bram WPN-u zawitałem w Wirach... ...by już po chwili niemal wyciągać piasek z butów podczas śmigania po polnych drogach. Niestety, po opadach nie został nawet kawałek kałuży czy nawet błocka. Następnie, już terenami leśnymi... ...dopchałem się nad Jezioro Jarosławieckie. Ciche, spokojne, bez ludzi... Tak jak lubię. Kolejnym etapem były Jeziory oraz rezydencja użytkowana przez niemieckiego zbrodniarza Arthura Greisera, w czasie II Wojny Światowej pełniącego funkcję Namiestnika Kraju Warty (akurat jestem świeżo po lekturze "Biednych ludzi z miasta Łodzi", książki o łódzkim getcie, więc w miarę na bieżąco). Aktualnie znajduje się w nim Muzeum Przyrodnicze, z całkiem pokaźnymi zasobami zwierzęcego truchła. A zaraz za nim rozpościera się zacny widoczek na Jezioro Góreckie, nad którym oczywiście się pojawiłem, szukając na próżno możliwości dostania się na Wyspę Zamkową - niestety, czymś innym niż łódką można wykonać to jedynie zimą, po lodzie. Na i w końcu popełniłem błąd taktyczny - skierowałem się w kierunku Trzebawia. To znaczy - chciałem się skierować. Niestety, rzeczywistość okazała się bardziej brutalna niż to pamiętałem - to, co uznane jest tam za drogę, śmiało mogłoby być narzędziem tortur, i to tych cięższych :) Po jakimś kilometrze walki z tym miksem kolein, piachu i wysuszonej, mega twardej ziemi, poddałem się i zawróciłem. Co łatwe nie było, a pewnie gdzieś w Stęszewie słyszano moje jąkające się "ku...ku...ku...kurr...cz...cz... e..." (no, załóżmy)... :) Istny trenażer Parkinsona... Miałem już dość lasu :) Mój misterny plan, żeby nim dotrzeć do połowy drogi i wrócić asfaltem z wiatrem, się rypnął. Trzeba było więc powziąć awaryjny, którym był dojazd Greiserówką do Komornik i Szreniawy, a stamtąd wykonać objazdówkę przez Rosnowo, Gołuski, oraz Plewiska do domu, już niestety na otwartym terenie, co oznaczało męczarnie wietrzne, od których odpocząłem dopiero na ostatnich ośmiu kilometrach.
Test wyszedł pozytywnie - Czarnuch jest zwrotny, dobrze radzi sobie z korzeniami i piachem, hamulce się dotarły. Raz tylko spadł mi łańcuch, ale z mojej winy, bo zbyt szybko zmieniłem przełożenie z przodu z najcięższego na najniższe. Poza tym innych problemów nie odnotowano. Czarnuchu, oficjalnie mianuję Cię już na pełnoprawny dwukołowy pojazd w trollowej stajni :)
Oczywiście do pracy bym nie zdążył, gdyby nie rower. Dojazd w obydwie strony doliczony do dystansu.
Komentarze (18)
Kamil - w sumie mógł, ale nawet o nim nie pomyślałem, bo to by oznaczało powrót pod wiatr przez jakieś 20 kilometrów :) W sumie i tak wracałem pod wiatr, ale... :) Poza tym na razie jestem po górkach, stęskniłem się za to za jeziorkami.
Lapec - no dobra, to ma ręce i nogi. Oraz kierownicę :)
Ania - dzięki, również w imieniu Czarnucha :)
Grigor - z tym bezpieczniej to nie wiem, bo na drodze z ostatniej foty miałem mijankę z jakimś gówniarzem w łatanym BMW. To zawsze zagrożenie :) Ale co do lasów to właśnie po to nabyłem Czarnucha, żeby się czasem odchamić od szosy i bardzo to lubię!
Nie, nie, nie! Kierunek mógł być inny - Dziewicza Góra. Po pierwsze nie musiał byś jechać przez Luboń, po drugie Wartostrada, Koziegłowy, Czerwonak i jesteś na miejscu - prawie bezkolizyjne i wracając od razu wjechałbyś do pracy :)
Huann - co prawda, to prawda :) Co do getta to ja mam podobnie w Warszawie - tam znaczna część centrum jest postawiona na jego ruinach. W Łodzi chyba jednak jest to bardziej dojmujące, bo przetrwało sporo oryginalnych budynków.
Księgowy - taaa :) Od dwóch miesięcy, choć nie miałem do tej pory okazji do dłuższych testów.
Po takim teście pewnie z jeszcze większą chęcią wrócisz na szosę :) Książek o łódzkim getcie od pewnego czasu już nie czytam, bo za bardzo mi się obrazki z przeszłości nakładały na postrzeganie najbliższego otoczenia.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"