Glut menu-alny
- od około siódmej podawane są płatki (a i płaty) śniegu, pod pierzynką z mrozu, okraszone ślizgawicą;
- przed południem, w ramach wczesnego obiadku, serwuje się potrawkę z paragrafów, autorstwa radcy prawnego. Danie to spożywane jest w towarzystwie osobistej Teściowej, której ów kąsek się tyczy.
Po takim zestawie miałem ochotę szukać najbliższego pochyłego drzewa, ale raz, że dzięki panu Szyszce i kolejnych środowiskowo inaczej uwrażliwionych kreatur nie za bardzo było w czym wybierać, a dwa, że - na szczęście - lekko zmienił się szef kuchni i można było choć przez chwilę skorzystać z dnia, trafiło mi się bowiem pogodowe okienko.
Polegało ono na tym, iż przestało mocno prószyć, za to zaczęło wiać, co miało ten plus, że drogi przeschły i całkiem sympatycznie dało się wykręcić choć gluta. Był on w jednej z często powtarzanych wersji: Poznań - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Poznań, tak jak na Relive.

Najgorzej - o dziwo - było w mieście, jakby chmury skumulowały się właśnie tu. Oczywiście na pierwszym planie nieprzejezdności znajdowały się śmieszki.

Aha, nie obyło się bez wymiany uprzejmości z jakimś frustratem, który zawiesił przy Głogowskiej bebech na klaksonie - niestety mimo mojego intensywnego stukania ręką w puszkę nie udało mi się zmusić go do otwarcia szyby i wyjaśnienia, co łaziło mu po łbie.
Aktualnie znów mocno śnieży, co oznacza, że jutro na 99,9% nie pokręcę, tym bardziej, że idę do pracy :/








