Gdy rano zacząłem się zastanawiać, dokąd dziś pokręcić, przypomniałem sobie, że doszły do mnie przecieki, sugerujące, iż w weekend nastąpi ślunsko-wielkopolski desant na moje ulubione, pięknie położone nad Wartą, ale mało znane (na szczęście) Radzewice. Postanowiłem więc, że sprawdzę, czy wciąż jest zainstalowany pomost w tamtejszym rzecznym porcie, bo to właśnie on miał stać się celem podróży.
Ruszyłem po dziewiątej, optymistycznie nastawiony do jazdy, bo nie wiało mocno. Jak się okazało, złe miłego początki, bo z chwili na chwilę jego siła rosła, a co najgorsze, zmienił się i kierunek - z wschodniego na południowy. Tym samym znów trafił mi się PW (permanentny wmordewind), który skopał mi koncertowo średnią. No ale cóż zrobić, skoro akurat z tym nic nie mogę zrobić? :)
Trasa to po prostu w tę i z powrotem: Poznań - Luboń - Łęczyca - Puszczykowo - Mosina - Rogalinek - Rogalin - Świątniki - Radzewice, tam nawrotka. A misja wywiadowcza zakończyła się pełnym sukcesem - pomost jest, Warta jest, miejsce do konsumpcji izotoników jest :) Tylko toi-toi-a, tylko toi-toi-a, że tak zaśpiewam, żal. Bo już nie ma. Na śmieszce w Łęczycy mijałem się dziś z trzema dziadygami, ale żadnym właściwym! Tutaj Relive, niestety lekko spaczony przez wariacje Endo.
No niestety, Kuzyn zażyczył sobie odbioru spod domu w Skó, więc wyjdzie trochę więcej. Szkodnik dzjdiekbgje, znaczy dziękuję, ale jest chwilowo trochę niepełnosprawny heh. Kulo się, więc nie ma jeszcze tragedii ;-)
Dzięki za rekonesans :-) Teraz wszystko w nogach Kuzyna i ... moim Szkodniku, który już jeździ na oparach i prosi o lekarza, nie wiem czemu ale dobrze to się nie jeździ :-
Toi toi jest wszędzie, za prawie każdym drzewkiem, krzaki też ujdą :-P
Huann - tak, on jest wyjątkowo... upierdliwy :) A Radzewice są jeszcze fajniejsze, jak tam sobie człowiek zamówi noc czy dwie w agroturystyce, obudzi się rano patrząc na pola z wierzbami, pójdzie nad rzekę i usłyszy śpiew ptaków :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"