"Czy słońce, czy deszcz...". A huragan gratis :/
Ruszyłem koło jedenastej, bo wszystkie prognozy jak jeden mąż twierdziły, że nocne i poranne opady wtedy właśnie się kończą. No i po raz kolejny okazało się, że skoro pogodynki coś zapowiadają, to... zapowiadają. Już bowiem na granicy Poznania z Plewiskami musiałem sięgać do plecaka, który zapobiegliwie ze sobą zabrałem, jeszcze bardziej zapobiegliwie wkładając do niego rowerową kurtkę antydeszczową. Natomiast wielkim osiągnięciem mojego wybitnie taktycznego umysłu (eh, te lata grania w Fifę) było wyjechanie nie szosą, a crossem. Oj, nawet nie chcę myśleć o opcji postawienia na pierwszą wersję...

Teraz słówko o wietrze. Albo nie, nie będę tu używał wulgaryzmów :) Ten, kto miał tę nieprzyjemność dziś wyściubić nos za drzwi lub okno, wie, z czym to się wiązało - momentami maks, który udało mi się wyciągać wynosił kilkanaście kilometrów na godzinę, przy niemałym wysiłku. Jednak gorsze było to, że podczas powrotu gnój zmienił kierunek na bardziej północny, więc zamiast pomagać, walił z boku. Na tym kończę temat, żeby się nie denerwować :)
W Plewiskach postanowiłem, że lekko zaimprowizuję i po raz pierwszy zobaczę jak wygląda jazda skrótem do Głuchowa. Cóż, myślałem, że będzie gorzej, biorąc pod uwagę, że nawierzchnia wyglądała jak wyciągnięta z księżyca :) Pokręciłem sobie po dziurach przez prawie trzy kilometry, na głos pytając siebie, czemu tego kosmiczne długiego odcinka nikt jeszcze nie wyasfaltował, żeby choćby ułatwić życie mieszkańcom. Wystarczyłaby cienka nitka, żeby nie zniszczyć jedynego ratunku od wiatru, czyli pojedynczej kępy drzew.




Przez Chomęcice, Konarzewo i Trzcielin jakoś dopełzłem (bo inaczej tego nazwać się nie da) do Lisówek. Tak, wiem, byłem tam wczoraj, ale jak się okazało (przyuważyłem dopiero później na mapie) przeoczyłem coś, czego odkryć nie mogłem podczas jazdy szosą. Tym czymś było Jezioro Tomickie, nad którym w życiu nie byłem. Do dziś. Dupy może nie rwie, ale droga do niego bardzo mi się podobała - teren, wiejskie realia, pagórki, mniam.





Jak widać na zdjęciach, niebo było dość niepewne, więc zerkałem nań z pewnym niepokojem. Jak się okazało, nie bez powodu. Gdy tylko wróciłem do Trzcielina, musiałem bowiem chować się pod wiatą przystankową, bo zaczął padać... lekki grad.

Po odczekaniu kilku minut ruszyłem, by parę kilometrów dalej, w Chomęcicach, znów wylądować pod daszkiem, tym razem - jak widać - nie sam. Uprzedzam pytanie - koszyczek nie jest mój :)

Końcówka to walka z bocznymi rzeźniczymi podmuchami oraz zachwyt nad... pięknym i błękitnym niebem. Po dotarciu do domu jedynym ratunkiem był ciepły prysznic i - zapobiegliwie - napar z Gripexu. Brrr... No ale nikt nie mówił, że rowerowanie będzie lekkie :)
Wybory za pasem :)

Relive z tego porąbanego pogodowo dnia TUTAJ.








