Rewelacyjka
Nawet sam początek (wyjazd około 8:30 rano), czyli pokonywanie Poznania, szedł o dziwo w miarę przyzwoicie, bo po dostaniu się na Wartostradę było jak zwykle miodzio i słodzio. Co prawda kilka razy musiałem opłotkami mijać służby sprzątające, które grubaśnie rozpanoszyły się na węższych elementach, ale nie zniszczyło to odbioru całości.
Na chwilę zatrzymałem się przy katedrze, czyli jedynym brukowanym kawałku…

...co jak się okazało zadziałało niczym efekt motyla, bowiem gdy pędziłem sobie Bałtycką, zatrzymało mnie czerwone, a w sumie żółte światło. Przebiegła mi przez głowę myśl, czy lekko nie nagiąć przepisów, jednak karnie się zatrzymałem i… po chwili zakwitłem na dobre 15 minut przy zamykających się na horyzoncie rogatkach. Gdybym nie zakotwiczył się na Sródce – przejechałbym płynnie.
Następnie klasycznym torem dotarłem do Antonika, Swarzędza i Paczkowa, gdzie skręciłem na Siekierki i Gowarzewo. Jako że wyruszyłem bez śniadania, postanowiłem skorzystać z dobrodziejstwa, jakim jest wiejski sklepik, nazwany fachowo „U Nowaka”. Jak to w takich miejscach – zastałem wizualne połączenie PRL-u, lat 90. oraz bogatej współczesności. Tym wszystkim zarządzała sympatyczna pani, która jednak miała irytującą cechę zdrabniania. Nabyłem Snickiersa i Liona, przepraszam, Snickiersika i Lionika, dostałem z piąteczki resztkę w wysokości złotóweczki i dziewięćdziesięciu grosiczków, podziękowałem i opuściłem lokal przez drzwiczki, sprowadzając po schodeczkach rowerek. Konsumpcyjka nastąpiła podczas jazdeczki :)

Od Tulec wiatr stal się trochę bardziej upierdliwy, ale i tak nie było źle (końcówka to Żerniki, Jaryszki, Krzesiny, Starołękę i Lasek Dębiński, w tym jeszcze jeden zamknięty przejazd), bym napisał: generalnie było świetnie, nawet mimo jazdy w jednej trzeciej przez miasto. Cieszmy się kochać takie dni, bo szybko odchodzą :)
Relive tutaj.








