Po trzech dniach spędzonych w - jak zwykle genialnym - Krakowie udało się wyjechać o w miarę rozsądnej godzinie, a co za tym idzie pojawić w Poznaniu późnym popołudniem. Późnym, ale na tyle jednak wczesnym (godzina siedemnasta), że zakwitła mi myśl o wykonaniu gluta, bo mżawka, która (chyba) panowała w Wielkopolsce przez większość dnia, akurat odpuściła. Minus był jeden - zapadający zmrok, ale przynajmniej nadarzyła się okazja do przetestowania zestawu ładowanych na USB lampek z Decathlonu, które nabyłem jakiś czas temu, oraz nowego tylnego błotnika do crossa, kupionego zdecydowanie niedawno.
Oba sprzęty sprawdziły się godnie. I zdecydowanie przydały - bowiem gdzieś w połowie drogi zrobiło się ciemno, a po chwili zaczęło padać. W związku z tym, że nie lubię jeździć wieczorami, a jeszcze bardziej - gdy jest mokro, trasa została odbyta i skrócona do minimalnego minimum, w wersji: Dębiec - Luboń - Wiry - Komorniki - Szreniawa - Rosnowo - Komorniki - Plewiska - Poznań. Przyjemność wątpliwa, ale liczy się to, że dzięki temu udało mi się z trzech potencjalnych dzionków bez roweru pozostać przy jednym. Raz wystarczyło wystartować w pod koniec nocy (przed siódmą rano), a drugi przed jej początkiem. A w samym Krakowie łącznie przeszedłem około trzydziestu kilometrów, podczas obowiązkowych porannych spacerów najpierw, a potem już spokojniej z Żoną. O takich, takich, takich i takich :)
Jak zwykle w jednej z wyjątkowych i niepowtarzalnych knajp była okazja się odchamić w towarzystwie ludzi, których następców w moim i następnych pokoleniach jakoś nie widzę. Czas korzystać z tego bogactwa, póki ono jeszcze jest. Nazwy miejsca nie ma co reklamować, bo nie o to chodzi, ale dobrze jest mieć tam dobrych znajomych, którzy zawsze witają z poezją na ustach :) No i jeszcze kilka krakowskich widoków. Aha, od mojej ostatniej bytności (ponad rok temu) zmieniło się jedno - dziś już nikt nie wstydzi się chodzenia i jazdy w masce. Nic dziwnego - dziś, gdy wyszedłem rano, ledwo widziałem swoje buty, a otwarcie nocą okna była wysublimowaną formą samobójstwa. Jednak co wawelski smok, to smog.
Komentarze (6)
Huann - on dymi i dymi, pewnie w akcie zemsty na Dratewce :)
Lapec - ja po godzinie spaceru byłem tak najedzony powietrzem, że nie musiałem jeść obiadu :) A co reliva to faktycznie chyba ten ostatni wyszedł najbardziej mrocznie :)
Jurek - całkiem możliwe, ale że wódki nie pijam, to pojechałem potruć się w ten sposób :)
Jeden relive pozytywny, mroczny, którego zdecydowanym plusem był fakt że nie było widać latających maczet nad waszymi głowami :P A powietrze niezłe .. jak się dobrze pogryzie :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"