Zero do pięciu
Po pierwsze temperatura - już zaledwie dwa stopnie, ale takie z gatunku, gdy człowiek zastanawia się, czy są one na plusie, czy na minusie. Dwa - ponad połowę wypadu to kręcenie po mieście, co prawda w niedzielny poranek pustym, ale co postałem sobie na światłach, to moje. Trzy - ruszyłem wcześnie, po ósmej, bo dwie godziny później musiałem być w pracy, więc poziom wyspania był na poziomie wybudzonego w styczniu susła. Cztery - silny, upierdliwy wmordewind z północnego wschodu, a potem tylko wschodu, który towarzyszył mi regularnie w obydwie strony, czego dowodem jest fakt, że nawet podczas powrotu ze swojej dzisiejszej trasy (Dębiec - centrum - Malta - Poznań Wschód - Bogucin - Kobylnica - Biskupice - tablica z nazwą "Pobiedziska" - powrót do Poznania tak samo, tyle że przez Śródkę i Garbary do centrum), która w większości była z górki, nie udało mi się nawet rozpędzić do standardowych pięciu dych. No i wisienka na torcie, czyli punkt piąty - mój napęd, który szwankuje już od jakiegoś czasu, ale że wczoraj podczas zmiany opony wpadłem na pomysł, żeby go częściowo umyć pod prysznicem, to dziś od tego zgłupiał i przeskakiwał mi gdzieś od dwudziestego kilometra przy każdym mocniejszym stąpnięciu. Niestety - dwie dolne zębatki wyglądają już jak igiełki, a nie mam kiedy podjechać do serwisu...
Tym samym poległem dziś z kretesem zero do pięciu. To nawet gorzej niż walkower. Jakby Real przerżnąłby tyle z Barcą - bym się cieszył. W tym przypadku - szkoda gadać, a średnią z chęcią wypłukałbym w kiblu.
Aha, spieszyłem się. W związku z tym gratis otrzymałem możliwość podziwiania zarówno tego, jak szlaban zamyka mi się przed pyskiem, jak również wybitnych i niebanalnych uroków stacji Poznań Wschód przed dobrych kilka minut. Jedno i drugie - zaiste fascynujące :)

EDITED: znów dodałem piątaka z powrotu z pracy.








