Oszukać dziadolenie :)
W związku z tym wstałem i ruszyłem około dziewiątej, pozytywnie zaskoczony pogodą - pięć stopni na plusie, do tego nie padało, a nawet pojawiło się słońce. Miodzio, idealnie na szosę. Nawet wiatr się już uspokoił, choć ustawić jednego kierunku już nie raczył, więc klasycznie głównie towarzyszył mi wmorderwind, który dał mi w kość na otwartych przestrzeniach. A ich jak wiadomo w Wielkopolsce nie brakuje.
Wykonałem "kondomika" w wersji z Poznania przez Luboń, Puszczykowo, Mosinę, Dymaczewo, Łódź i Stęszew do domu. Jechało mi się naprawdę sympatycznie, przy małym ruchu, ale gdzieś po trzydziestym kilometrze coś nagle ciężej. Okazało się, że bardzo, ale bardzo powoli zaczęło schodzić powietrze z tylnego koła. Jednak o dziwo na takim dojechałem do celu, bez konieczności babrania się w syfie na trasie - dziura bowiem okazała się minimalna. Potem, po powrocie od wspomnianej Teściowej założyłem nową oponę, bo ta stara już trzymała się na resztkach gumy.

No i jeszcze słówko o Łęczycy. Tej Łęczycy. Moja wymyślona niedawno teoria, wedle której jakiś czas temu na tamtejszej DDR-ce tajne siły ustawiły czujki z gatunku "60+", żeby utrudnić mi życie, ma coraz więcej podstaw, co jest lekko przerażające. Dziś jednak udało mi się lekko oszukać przeznaczenie, bo zamiast - jak mam w zwyczaju - pojechać naokoło, przez Wiry, skręciłem sobie w Luboniu trochę wcześniej, drogą pod wiaduktem. I co? Dziadyga już zmierzał tam, gdzie zamierzał mnie zablokować.

Gdybym jechał "klasycznie", spotkałbym go dokładnie na opisywanym wielokrotnie tu singielku. Tym razem jednak się przeliczył i wyprzedziłem go na szerszym, oczyszczonym kawałku.
Ja naprawdę nie wiem, kto za tym stoi, ale to powoli przestaje być śmieszne. Jak oni to robią? Antoni, wciąż czekam na Twą pomoc! ;)








