Minikowo, generalnie zadupie Poznania. Dziś, wczesny poranek. Ścieżka rowerowa, po której spokojnie jedzie sobie nie najmłodszy już rowerzysta, ale w kasku i w odblaskowej kamizelce, widoczny co najmniej z odległości 500 metrów (sprawdzone organoleptycznie). Z posesji wyjeżdża samochód, a siedzący w nim rodak nie patrzy ani w lewo, ani w prawo, tylko rusza. Rowerzysta hamuje w ostatniej chwili, prawie na masce auta, a gdy jego szok mija, stara się zauważyć jakąkolwiek reakcję na twarzy kierowcy. Brak. Prócz bezmyślnego wzroku, który wyraża tylko jedno: spadaj, pedalarzu, przez ciebie musiałem hamować. Rowerzysta coś tam burcząc pod nosem jedzie dalej, zgodnie z przepisami. Ja tylko zerkam i upewniam się, czy nie trzeba robić za świadka (nie, dzięki refleksowi krącącego na dwóch kółkach) i pędzę dalej drogą. Nielegalnie. Bo życie mi miłe.
Sytuacja numer 2:
Ostatnie dziesięć kilometrów wyjazdu przede mną. Na granicy Puszczykowa i Łęczycy jak zwykle zjeżdżam na wąską DDR-kę, bo przy drodze kole w oczy zakaz jazdy rowerem. Jest urocza, klimatyczna... ...i mega niebezpieczna jesienią oraz zimą z powodu pogody, a latem z powodu często zakwitających tam grupek cyklistów. Staram się zachować maksymalną ostrożność, ale i tak w pewnym momencie na zakręcie koło mi się zawija i łapię glebę. Na szczęście liście - czyli przyczyna upadku - mnie amortyzują i prócz bólu kostki nic mi nie dolega. Ostatni raz ta ścieżka była sprzątana... tu znak zapytania, sięgający zapewne do czasu jej remontu, jakieś na oko dziesięć lat temu. Dylemat: ryzykować zdrowie czy mandat, bo o takich banałach jak niemal gwarantowany dźwięk klaksonu nawet nie wspominam, pozostaje tu stały i ponadczasowy.
Czemu przywołałem akurat te dwie dzisiejsze historie? Bo musiałem ponownie wylać z siebie żółć, czyli najbardziej polskie słowo, w temacie tego, z czym musimy borykać się codziennie na polskich szlakach. Jakby po prostu ktoś nie mógł dać spokoju człowiekowi pragnącemu cieszyć się jazdą, skasować te "prorowerowe" wynalazki lub pozostawić dowolność korzystania z nich - byłbym wtedy jednym z najszczęśliwszych ludzi pod słońcem. A tymczasem - podobnie jak najlepszym środkiem antykoncepcyjnym jest wstrzemięźliwość, tak tu - rezygnacja z roweru.
Jak na ironię trasę zaplanowałem sobie antyśmieszkową, czyli taką, gdzie było ich najmniej: Dębiec - Lasek Dębiński - Starołęka - Krzesiny - Koninko - Głuszyna - Babki - Daszewice - Rogalinek - Mosina - Puszczykowo - Luboń - Dębiec. No i mam :)
W gratisie kilka kilometrów przed domem dostałem jeszcze możliwość zmiany gumy, bo w oponie zrobiła się dziura, zapewne za sprawą jakiegoś szkła na drodze. Wymiana poszła dość sprawnie, ale tylko na czas zakończenia wypadu, bo chyba dętka również miała defekt i jutro czeka mnie ponowna zabawa w tym temacie, bo póki co gniję w robocie.
Po prostu miodzio dzień. Tylko ten miodek ma w sobie pszczele żądła :)
Komentarze (15)
Jedyne, co mogę powiedzieć po tej całej januszowo-abstrakcyjnej sytuacji to to, że radiowozy są mega wygodne i jak się poprosi to włączą ogrzewanie :) Choć z drugiej strony - za 220 PLN mógłbym sobie wynająć dobry hotel :)
Wymuszenia przyjmę, "pany" też ale wiatr se trzymajcie :P
Ty się lubisz denerwować, ja nie :) tak więc pisząc o nich zrobię sobie źle a tobie yyy dobra nieważne. O policji mam podobne zdanie jak o księżach tak więc szkoda na nich palców ;) Choć w tamtym przypadku Janusze mega swoje dołożyli xD Nie ma co odgrzewać kotleta i żyć/kręcić dalej ;]
Miałem ino zaległości nadrobić a jeszcze poczytałem dwa wpisy o których ... nic nie napisze żeby autora nie denerwować. Z policją nie gadam i omijam niczym wampiry czosnek, jest winny (czy tam nie, nieważne), mandat podpisany, łapiemy dalej i bez dyskusji bo dołożymy.
PS: mi też dziś wymusili (do tego Pan śmiesznie łapkami machał :D) i też gumę zmieniałem => zapeszyłeś i po dwóch dniach klątwa z Poznania dotarła na Górny Śląsk heh.
Putin - fakt, nowe są ok. Ale w miastach. Na wsiach - typu Luboń - wciąż powstają świeżaki z kostki, z zakazem gratis.. Co do dyskusji z debilami w puszkach też byłem odważny, ale od tego zdarzenia (jakbyś miał kiedyś chwilę):
Bitels - co racja, to racja :) Nigdy nie byłem na Masie, bo mi się ich idea nie podobała. Ale od bachora narzekałem na DDR-ki w Jeleniej Górze, gdzie wtedy kręciłem, bo były takie... jak teraz :) No i uważałem, że nie jestem istotą specjalnej troski, więc nie trzeba mi robić na siłę dobrze, tym bardziej, że to "dobrze" było gorsze niż "źle", czyli od jazdy między samochodami :)
Myślę, że wrócą tzw. Rowerowe Masy Krytyczne, tym razem z postulatami likwidacji DDRek i historia zatoczy kółko. Rowerzyści, a raczej jakieś instytucje walczyły o bezpieczeństwo, a kiedy dostali co chcieli ( mniejsza o to w jakim jest to stanie), to teraz się nie podoba :) My " pedalarze" to jacyś dziwni jesteśmy :) Trudno nam dogodzić :)
DDR-y są różne. Skoro warszawskich DDR-ów tych najnowszych nie jest zła. Im starsze, tym ogólnie gorzej. Za to w mniejszych miejscowościach ogólnie dramat, drogi poprowadzone przy wyjazdach z posesji, falująca nawierzchnia i krawężniki. Uchylam się od jeżdżenia nimi. Ostatnio w Mławie był właśnie taki DDR falujący i przy wyjazdach z posesji. Olałem, jadę jezdnią, a jakiś instruktor nauki jazdy do mnie przez szybę, czy ma dzwonić na policję. To mu tylko odpowiedziałem coś w stylu "a se kurwa dzwoń" i też go olałem, a gównianą ścieżką jeździć nie zamierzam.
Ania - dzięki. Póki co czuję jedynie małego siniaka i niech tak zostanie :)
Grigor - wiem. Ja, Ty, my rowerzyści. Trąbimy, piszemy, mówimy, krzyczymy... I jest to samo. Choć z drugiej strony czasem chwalę wyjątki od reguły - i chwała im! :)
Huann - ale ja do Łęczyc nic nie mam, a bardziej do męczennic, tych mentalnych, jeśli są przy owych Łęczycach DDR-ki :)
Eliza - no właśnie, cóż nam pozostaje... na razie jedynie marudzić i kląć. No i mieć nadzieję, że ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy i po iluś tam tego typu wpisach i akcjach zacznie lobbować gdzie trzeba, uświadamiając kogo trzeba, iż ułatwienia "rowerowe" w wersji PL bardziej zniechęcają niż zachęcają do dwóch kółek. Dzięki za komentarz i pozdrawiam :)
z perspektywy 200,000 przejechanych rowerowo kilometrów ścieżki rowerowe uważam bezsprzecznie za najbardziej niebezpieczne dla rowerzysty miejsce, gdzie jazdą cieszyć się nie da. Oprócz powszechnych mankamentów typu dramatyczna (często od nowości) nawierzchnia, zakręty, wąskie przejazdy, piesi z psami, dzieci na hulajnogach etc dołożyć należy fatalny stan utrzymania. w ubiegłym roku zostałam zmuszona przez policję, do wjechania na ścieżkę całkowicie oblodzoną, którą nie tylko jechać się nie dało ale nawet iść było trudno. Niestety ta sprawa nie jest nijak regulowana, jest zakaz - won na ścieżkę albo mandat. Ostatnio na ścieżkach warszawskich panuje plaga potłuczonego szkła, w rekordowym miejscu leży już od miesiąca... i co z tego, pogadać sobie można. No to ja też sobie ulżyłam:) Pozdrowienia
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"