Z Misdroy do Swinemünde i dalej, czy jakoś tak :)
Jesienią… co innego. Kurorty puste, o miejsce łatwo, ceny przyzwoite. Tak właśnie trafiliśmy wczoraj wieczorem do Międzyzdrojów, praktycznie półwymarłych, No i udało się przemycić rower, choć negocjacje do najłatwiejszych nie należały :) Traf chciał, że właściciel pensjonatu, który wybraliśmy, sam jest rowerzystą, więc wszystko ładnie się złożyło i miałem na pierwszy dzień, a w sumie poranek (zgodnie z umową), konkretne info w temacie plusów i minusów kierunku, który chciałem zaliczyć.
Czyli do Niemiec. Ciągnęło mnie tam, bo ostatni raz byłem rowerem na ich południu gdzieś w liceum, poza tym jakoś tak mam, że czuję się bezpieczniej na ich terenie niż na „swoim”. Taki chichot historii, ostatnio jeszcze jakoś dziwnie wzmocniony :)
Ruszyłem więc z Misdroy (Międzyzdroje) skoro świt. Czyli przed dziewiątą :) Pogoda była taka sobie, pochmurno i z ryzykiem deszczu, więc zabrałem ze sobą plecak z całym zapasem potencjalnie przydatnych ciuchów. Oczywiście skoro, to zrobiłem to wróciłem o suchej stopie, bo nie spadła nawet kropla.

Wjazd z miasteczka nastąpił prawie bezproblemowo, z czego owo "prawie" obejmuje przeskakiwanie prze barierkę, a następnie powrót ze ślepej drogi, o której myślałem, że jest rowerową ścieżką wzdłuż głównej trasy. No nie była :) Potem szło już lepiej i prostą drogą trafiłem do granicy Świnoujścia. Nawet zbyt prostą, bo znów coś mi się źle wydawało i zamiast skręcić tam, gdzie powinienem, pojechałem wzdłuż torów, czyli gdzie nie powinienem. Dwa kilosy podczas nawrotu wpadły gratis.
W końcu jednak osiągnąłem pierwszy z celów, choć z pewną taką nieśmiałością. Czyli przeprawę promową, dzięki której miałem dostać się na drugą stronę Swinemünde (Świnoujście). Prom jest darmowy dla pieszych i rowerzystów (oraz ludków z rejestracją ZSW), kursuje co dwadzieścia minut, ale że pojawiłem się koło niego po raz pierwszy, miał on w necie koszmarne opinie co do jakości obsługi, to był pewien znak zapytania. Niepotrzebnie – obsługi praktycznie nie było, a gdy dopytałem i podsłuchałem widocznych na pierwszym zdjęciu fachowców od regularnych kursów, wiedziałem już wszystko, a nawet więcej, między innymi to, na kogo uwziął się koleś od gegry :)


Potem już kręciłem prosto przed siebie, niestety polskim standardem. W pewnym momencie nawet zacząłem się zastanawiać, czy może nie poszła mi dętka, ale nie, to tylko pomysły polskich konstruktorów DDR-ek. Tu nawet strzałki kierunkowe były zrobione z osobnych kostek :) Jak dobrze, że zabrałem ze sobą crossa, a nie szosę...


W końcu – cel główny. Do widzenia Polsko…

...Guten Tag Deutschland.

Zrobiło się pustawo, zielono i całkiem sympatycznie, choć w pewnym momencie zakwitł zakaz jazdy rowerem (czyżby polska szkoła i tu dotarła?) oraz mało imponująca, a w sumie gówniana, ścieżka po lewej stronie. Kończyła się ona przejazdem przez mostek i szosę, a potem… hm. Las, las, las, całkiem ładny, bo na terenie Wolińskiego Parku, ale jakoś skończyć się nie chciał, mi pyknęła połowa drogi, więc zawróciłem, choć nie powiem, miałem chętkę kręcić dalej w nieznane.



Powrót przebiegł już bez zagubień i niespodzianek – trasa była mi znana, zatrzymałem się tylko na chwilę w centrum…

...pomyliłem dok (chyba to jest właściwa nazwa), z którego miał odpływać mój prom (bo były koło siebie), ale na szczęście w ostatniej chwili się zorientowałem, że jakoś pusto i odnalazłem ten właściwy.

Wróciłem do Międzyzdrojów…


...a reszta dnia przebiegła już kompletnie nierowerowo, ale wpadło jeszcze ponad osiem kilosów spaceru z Żoną, między innymi po Wolińskim Parku Narodowym, na Kawczą Górę, do zagrody żubrów (dziki gratis) oraz na przepyszną pizzę. Udany urodzinowy dzionek :)
Jutro pewnie niewiele, a może nic, rowerowego mnie czeka, bo już leje, a lać ma ciągle, więc może fotki ze spacerów zostawię na tę lub inną okazję.
TU trasa z Relive, która dziś wyjątkowo mi się podoba, bo jest inna niż inne :) A poniżej ślad z Endo.








