Wczoraj czas oczekiwania na wizytę niechcianego kolegi o ksywie Ksawery minął mi nierowerowo z powodu deszczu, o którym krakałem w środę. Nie było to komfortowe mentalnie, ale w końcu nawet moje nogi mają prawo do odpoczynku, bo od maja nie miałem dnia przerwy w kręceniu. Sam nie wiem jak to się stało :) Jednak żeby nie zapomnieć na czym polega cała ta zabawa, wsiadłem sobie przed pracą na chomika i godzinkę pokręciłem ze średnią w okolicach 31 km/h, co podaję jako informację kompletnie nieistotną dla ludzkości, a w sumie i dla mnie :) Za to w końcu doceniłem fakt posiadania HBO GO, bo przy serialach czas na stacjonarce zdecydowanie szybciej leci.
Dzisiaj też nic nie zapowiadało, ze wyjadę - od rana lało i lało. Już wyciągałem żyletki z zamiarem wykonania rytualnego samobójstwa, gdy nagle w okolicach 10:30 nastąpiło małe przejaśnienie. Na sekundę, ale już byłem przy drzwiach, z crossem w łapie :) Czasu miałem przed wystartowaniem do roboty niewiele ponad godzinę, więc wyjątkowo żaden wiatr mi nie był groźny... Nooo dobra, był groźny, bo ledwo jechałem, a do kompletu oczywiście chwilę po stracie lunęło, co w ogóle mnie nie zdziwiło :) Tak wyglądała wyłysiała po jednym orkanie drzewna aleja za Plewiskami, do których trafiłem w pierwszej kolejności... Kawałek dalej, gdy zbliżałem się do serwisówek na styku Gołusek, Palędzia, Głuchowa i Komornik, niebo prezentowało się już bardziej sympatycznie. A następnie wyszło słońce :/ No zgłupieć można.
Dokręciłem do domu znów przez Plewiska, z jednej strony znów ubabrany jak prosiak, z drugiej zadowolony z siebie, że zdecydowałem się na wykorzystanie luki na choćby tego gluta, bo już bym gryzł - głodek był (nie mylić z Godek Kają, obrończynią plemników nienarodzonych, bo wtedy wolałbym w ogóle się nie urodzić, a co za tym idzie/jedzie - nie wyjechać).
Wolno, bo wolno, czołgiem, bo czołgiem, znów rowerowo odżyłem. Ksawery popozostawiał po sobie sporo syfu i gałęzi na DDR-kach, z czego wynika jeden jedyny morał, który pozwoli uniknąć na przyszłość tego typu sytuacji - zlikwidować DDRki :)
Komentarze (11)
Hm :) ale w sumie - WielkopolSSka brzmi całkiem, całkiem :)
Myślałem lokalnie o Grey Serze (czy jak mu tam było). Ale jednak raczej nie polecam promocji regionu przy pomocy ss-era o tej nazwie, choć mógłby się kojarzyć z Greyem i jego 50 twarzami. W ogóle trzeba z tymi hasłami promocyjnymi uważać: kiedyś na targach turystycznych zaproponowałem Małopolsce w luźnej rozmowie "Mało dobre - bo Małopolskie!" Tak jakoś od razu nie wiem czemu zrobili się mrukliwi. Z kolei na targach międzynarodowych Polska Organizacja Turystyczna (agenda rządowa;) promuje się hasłem "Poland - Move Your Imagination". Jak powiedziałem głośno, że obecnie tłumaczy się to na "Polska - to się w pale nie mieści!", to potem udawałem palemkę na stoisku Hondurasu 3 hale dalej, żeby nie być na zbytnim widoku ;) Swoją drogą taki Światowid z czterema twarzami ma się tak do pięćdziesiątki Greya, jak kompas do gps-a :D
Bitels - aż tak ortodoksyjny to bym nie był. Czasem samochody się przydają, na przykład żeby przewieźć rowerzystę z rowerem z punktu A do punktu B :) Ale za likwidacją DDR-ek w wersji PL jestem zdecydowanie :P
Grigor - hehe, to chyba komplement? :)
Huann - pięknie!!! I jak subtelnie :) Już zmieniam :)
Podziwiam za tą systematyczność. Jeden dzień odpuszczony (i to nie tak do końca...) to naprawdę zacny wynik. Nie wspomnę już o tych dziennych kilometrach...
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"