DeDRengolada :)
Na samym początku, jeszcze na Dębcu, spotkało mnie prawie dokładnie to, co wczoraj, lecz dziś za kierownicą siedziała istota płci męskiej. Ja naprawdę jestem w stanie uwierzyć (łatwe to nie jest), że można mnie nie widzieć z trzech metrów podczas włączania się do ruchu, ale żeby to samo mieć z autobusem? Cóż, samice kontra samce 1:1.
Znów moja trasa polegała na dojechania do punktu X i powrocie prawie tą samą drogą: Poznań - Luboń - Puszczykowo - Mosina - Żabno, tam wjazd na hopkę, zjazd i nawrót swoimi śladami z małymi korektami.


Elementem, który znacznie uwalił mi przyjemność jazdy, był wciąż mocno trzymający się objazd w Mosinie, przez który nie tylko nadrabia się dobrych kilka kilometrów, ale chcąc nie chcąc (nie chcąc) lądujemy na kwintesencji polskiej DeDRengolady, czyli odcinku do Krosna. Ma on w sobie - niczym bielizna informatyka - dosłownie wszystko. Kawałki asfaltu pomieszane z kostką, krawężniki, momenty z szutrem, jak również przejazdy z permanentnym czerwonym dla rowerów, chyba że się jego użytkownik zatrzyma i włączy guziczek. Wracając chciałem olać ów cud polskiej udupialności i przejechać remontowanym odcinkiem, ale niestety tych zasieków pokonać się nie dało, Musiałem wrócić jak niepyszny (niepyszność widoczna na filmiku w Relive), widząc jednak jakiś plus - na moje otwarcie tunelu pod torowiskiem zbliża się krokami. Nie napiszę, że wielkimi, bo zapeszę.

To był czynnik industrialny, jeszcze o ludzkim. Duży ruch samochodów mimo niedzieli mnie lekko zdziwił, ale to, co działo się na ścieżce w Łęczycy przypomniało mi najgorsze czasy dla rowerzystów. Czyli lato :) Bezmózgi korzystały z pogody i na ścieżce o szerokości metra koło siebie zakwitły trzyosobowe pełznące wycieczki, tatusiowie z dzieciakami, które bez opieki na trójkołowcach myliły wsteczny z gazem, o siatkarkach i siatkarzach nie wspominając (chyba to strach przez planami co do handlu w niedzielę i biedronkowcy się zaopatrują). A obok zakaz jazdy zwykłą drogą. Ten odcinek kosztował mnie najwięcej nerwów.
Finalnie i tak mi się fajnie kręciło. Poproszę o taki październik w całości.
Podsumowanie września: 1840 kilometrów, chyba najwięcej od kiedy prowadzę BS (za poprzednie lata nie dam głowy, bo nie chciało mi się tego sumować). To głównie pokłosie wypadów do Piły na 100+ oraz do Wrocławia na 200+, co prawda kosztem średniej (niecałe 28,2 km/h), ale ją ostatnio mam głęboko w dętce :)
Przywrócili mi możliwość wklejania zdjęć, hurra. Dobrze, bo jesień póki co piękna. Na Dębcu szczególnie :)









