Ufff... Parówa lekka się zaczęła. Granica 25 stopni to dla mnie wrota osobistego Mordoru, więc dzisiejsza jazda była nastawiona na pełzanie i wspominanie widoku lodowców oraz obydwu biegunów. Podziałało o tyle, że finalna średnia pozostała na plusie, mikrym, ale plusie :)
Bez zbędnego rozpisywania się: trasę wykonałem "muminkową", przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Koninko, Głuszynę, Babki, Daszewice, Wiórek, Rogalinek, Mosinę, Puszczykowo (tu zaliczenie bonusowej hopki w bok), Luboń i do domu. Wiatr zaczął zachowywać się standardowo, czyli znów nie dało się go ogarnąć :)
W końcu upolowałem pierwszą tegoroczną wielkopolską dożynkę, w Rogalinku. A nawet dożynę, bo była w formacie 7D, czyli klasyk w designie "Auschwitz" (choć oczy wybitnie aryjskie) oraz menażeria. Krowa jest małym dziełem sztuki, przyznam :)
Było mnóstwo przysłów z jakami: jak po grudzie, jak po maśle, nie ma jak u mamy, jak po nocnym niebie, jak na lekarstwo, jak,by babcia miała wąsy etc. Zawsze się Jakiś przykład znajdzie, choć idzie raczej o jak ość, a nie ilość!
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"