Dzisiaj jazda bez przygód, bez fajerwerków, a nawet zimnych ogni. Jak już to z żarem, ale z nieba, bo podczas powrotu było mi zdecydowanie zbyt ciepło. Trasa również nikogo nie zaskoczy, a już najmniej mnie - klasyczny "kondomik" z Dębca przez Komorniki, Stęszew, Łódź, Dymaczewo, Mosinę, Puszczykowo i Luboń.
Wiatr był dziś zadziwiający - gdy jechałem na południowy zachód flagi pokazywały, że wieje mi w pysk, a kręciło się w sposób niespecjalnie wymagający, natomiast gdy na dwudziestym kilometrze, w Stęszewie, skręciłem na wschód, czyli z flagami niby łopoczącymi mi w plecy, calutki dystans gnoiło mnie centralnie w pysk. Taka ciekawostka z gatunku "katuj mnie, katuj".
Katuszą było też dzisiejsze wstawanie. Nie wiem, może to pokłosie wczorajszej wizyty w ZOO, gdzie jak się okazało moimi alter ego z dnia dzisiejszego były kapibary i tapiry :) Okaz pierwszy z lewej na górnym zdjęciu to ja na sekundę przed startem :) A na dole - ja w pracy...
Komentarze (10)
Pół roku "robiłem" w administracji samorządowej. Znam temat :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"