Słodziutko do wyrzygania było wczoraj, wracamy do codzienności ;) Nienaturalny stan zachwytu nad warunkami chętnie bym zachował jeszcze na kolejne wyjazdy, ale cóż, skoro natura nie chce współpracować, to co zrobię? Nic nie zrobię :) Choć nie powiem, żebym dziś miał narzekać na coś więcej prócz wysokiej temperatury (choć rano jeszcze była do przeżycia), korków i wiatru, który mocno wiał z kierunków wiadomych. Wszyscy chyba wiedzą JAKICH :)
Zrobiłem o kilka kilometrów dłuższą niż zazwyczaj trasę, gdyż obmyśliłem sobie nową-starą wersję, z Dębca przez Lasek Dębiński, Starołękę, Krzesiny, Jaryszki, Koninko, Borówiec, tam kawałek rzeźni po płytach, Kórnik, Rogalin, Puszczykowo, Luboń i do domu. Wróciłem w stanie parującym, cud, że rower pod koniec nie jechał sam :) Jedynym plusem wmordewindu był czynnik chłodzący, trzeba mu przyznać, że przydatny.
Znów zero o polityce, dziś za to zamiennik. Wczoraj wieczorem pod domem ujrzałem takie oto biedne stworzenie: Wyglądało jak siedem nieszczęść, kulało na tylną łapkę i sprawiało wrażenie chorego, postanowiłem więc wezwać jakieś służby, które mogłyby się nim zająć. Niestety, około godziny 21 w niedzielę dodzwonienie się do Straży Miejskiej było niewykonalne - próbowałem pięć razy, za każdym po kilku minutach mnie rozłączało. W tym czasie odbyłem spacerek za tą kuną (bo na moje to właśnie ten gatunek, choć zastanawiałem się chwilę nad gronostajem lub wydrą) i trochę się uspokoiłem, bo tu skubnęła coś koło śmietnika, tu wypiła wodę z kałuży, a i zainteresowałem tematem jeszcze kilka osób. Wróciłem do siebie, mając nadzieję, że historia tego kurdupla skończyła się mimo wszystko dobrze. Jednak dla mnie zadziwiające jest to, że wszystkie służby zajmujące się zwierzętami pracują jak urzędasy - od poniedziałku do piątku, najczęściej jeszcze w godzinach "biznesowych"...
Ostatnio jest jakiś urodzaj na kuny, widuję je na mieście jak i na swojej posesji, co się wcześniej nie zdarzało. Ich strachliwość jest umiarkowana, choć ta z wpisu faktycznie była podejrzana. Ja bym próbował dzwonić po psy. ;))
To jest kuna domowa. Choć nazwa nieco myląca, bo to przecież zwierzę dzikie. Zwierzę, choć pokancerowane, to sobie radę da. Chyba, że ma połamane kości, to wtedy zdechnie. A "instytucja" straży miejskiej to moim zdaniem jakaś kpina!
Myślałem o tym... ale to dzikie zwierzę. Nie wiadomo czy nie chore. Poprosiłem ludzi o w miarę możliwości obserwowanie jego zachowania (a nawet pijaczkowie się zatroszczyli), więc jestem dobrej myśli! :)
Huann - w Poznaniu też takie coś jest, ale weź się dodzwoń w niedzielę o 21... Do jakiejkolwiek SM... A kolor miała... brudny :) Stawiam na leśną, bo 800 metrów od domu mam kilka hektarów Lasów Państwowych.
Ania - no niestety :( samo to, że nie uciekła od razu przede mną, tylko dała się śledzić już świadczy o jej stanie... Mam nadzieję, że ktoś się nią zaopiekował.
Kamil - ja sam czasem nie ogarniam tego, co wyKUNuję :)
U nas jest specjalny oddział straży miejskiej, czyli Animal Patrol. Są bardzo OK. A i mamy leśny szpital dla zwierząt jakby co - można tam sobie wyleczyć i jeża - i nietoperza. A zwierz z fotografii to z pewnością jedna z dwóch naszych kun: albo domowa, albo leśna. Zależy, jaki miała kolor w okolicach koloratki ;) (na foto nie widać)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"