Crosso-nie-glut
Szosa była w serwisie, pozostał mi cross. W pośpiechu zapomniałem sprawdzić jego stan, a że rzadko go używam to chwilę po ruszeniu dźwięki z okolic łańcucha przypomniały mi o czym zapomniałem. O nasmarowaniu. Nie chciałem się wracać, więc do końca podróży słychać mnie było z kilometr wcześniej, niczym jakiegoś, za przeproszeniem, członka rodzinki wyruszającej w maju na swoją pierwszą rowerową wycieczkę w roku.
Najpierw udałem się w teren, bo wczytałem, że podobno powstał już wygodny dojazd do mostu łączącego Lasek Dębiński ze Starołęką. Taaaa.... może powstał, ale z drugiej strony - ja napotkałem blokadę, zakaz wjazdu i malowniczy widok spycharek. Cóż, jeszcze nie czas, ale ostrzę sobie ząbki na w końcu alternatywny dojazd w tamtym kierunku.
Jechało mi się na tyle fajnie, mimo bardzo silnego wiatru, że postanowiłem rozbudować pierwotnego gluta o pełne pięć dych. Pokręciłem przez Starołękę, Głuszynę, Koninko, w Robakowie skręciłem na Borówiec, Kamionki, Daszewice i znów przez Gluszynę oraz Starołękę wróciłem do domu. Przewiało mnie, ale ważne, ze pokręciłem. Kosztem lekkiego spóźnienia do pracy, ale co mi tam :)
Już we wspomnianej pracy dostałem cynka, że szosa jest do odebrania, co wykonałem niezwłocznie, dokręcając jeszcze kilka kilosów w "cywilnych" ciuchach (i pewnie jeszcze z pięć dojdzie, gdy dotrę do domu). Póki co wszystko ładniutko śmiga, oby tak dalej. Przy okazji udało mi się jeszcze sfocić mural, który wykonano na starej, zdezelowanej ruinie przy Dolnej Wildzie. Może nie jest to coś, co może konkurować z tym na Śródce, ale każda próba odsyfienia tego, co zaniedbane się chwali,

EDITED:
Wykrakałem chyba z tą dokrętką. Planowałem spokojny powrót w sympatycznym wieczornym klimacie. A tu od godziny dwudziestej burza, i to taka, jakich mało. Utrzymała się ponad godzinę, więc postanowiłem więc wsiąść w tramwaj, jednak do niego też się trzeba było dostać. Kij z tym, że cieszyłem się z ładnej, czystej kasety, która po sekundzie od wyjazdu się usyfiła niemożebnie. Już byłem przy przystanki na Górnej Wildzie, gdy zobaczyłem to:...

Nie muszę pisać, że w tramwaj nie wsiadłem, bo ruch został wstrzymany. Za to przestało padać i zdecydowałem się jechać dalej, kawałek chodnikiem, by w końcu zjechać na ulicę. Co jak się okazało było błędem, bo co prawda wyżej nie było już jeziora, ale chcąc przepuścić jadący za mną samochód zjechałem na prawo, tak nieszczęśliwie, że zaliczyłem centralną glebę na prawy bok na śliskim torowisku. Efekt? Jeszcze bardziej wykrzywiona prawa część kiery, która już znajduje się niepokojąco blisko mostka... No i oczywiście rozwalona ręka - boli w okolicach łokcia, rozharataną mam też część dłoni Jak widać jednak mogę pisać, więc pewnie tragedii nie ma. Po wstaniu umyłem się w kałuży, natomiast ciuchy wyglądały jak u żula. Do tego miałem tak ładnie odświeżony rower... Teraz nie wiem czy coś w nim nie poszło, choć wstępne oględziny i dalsza jazda nastroiły mnie pozytywnie. Pozytywna też była reakcja kierowców - dwa auta, ten za mną i z naprzeciwka, zatrzymały się, żeby zapytać czy wszystko w porządku. Nie chcę wiedzieć jak wyglądała ta moja gleba, skoro wywołałem takie zamieszanie.
Do domu dojechałem już bez przygód. I dopisuję te kilosy do dystansu ogólnego, bo dużo mnie kosztowały!!!








