Anonsując i frustrując
Już nie taki młody, ale wciąż zaangażowany rowerzysta pozna dobrą pogodę, w celu miłego spędzania dwóch godzin dziennie. Nie musi być piękna, wystarczy, że będzie przyzwoita, nie za zimna, ale i nie za gorąca, nie ciskająca piorunami i przede wszystkim nie tak zmienna co do kierunków silnych wewnętrznych powiewów jak dziś. A, no i nie może być tak płaczliwa jak cała ta tegoroczna hetera. Cel - niematrymonialny: chęć odzyskania wiary w to, że da się po prostu jeździć, bez miliarda przeszkód niezależnych od kręcącego :)
Coś czuję, że marne szanse na sukces. Ale próbować warto :)
W skrócie: jechało się gówniano, o czym świadczy dzisiejsza średnia. Trasa: Dębiec - Górczyn - Bułgarska - Ogrody - Kiekrz - Rogierówko - Sady - Lusowo - Zakrzewo - Plewiska - Poznań. Samo przedarcie się przez miasto trwało jakieś miliard lat, potem było już lepiej, ale z kolei kierunek powiewów mocnego wiatru był klasyczny - w pysk, a potem w pysk. Natomiast na trzydziestym kilometrze zaczęło padać i już do końca nie przestało.
W Sadach zrobiłem zdjęcie baranka przy koziołku. Prawdopodobnie Matołku. Musiałem jednak szybko oddzielić jedno od drugiego, bo moja szosa zrobiła się agresywna, nie dając sobie wytłumaczyć, że to nie członek rządu.

W Lusowie zwykle staram się nie zauważać tamtejszego czegoś o nazwie DDR, ale dziś wyjątkowo skrzętnie ją lustrowałem. Powodem był fakt, iż w kilku miejscach była rozkopana, dzięki czemu miałem przygotowane wytłumaczenie do ewentualnej dyskusji z policją. Takowa nie nastąpiła, za to ja postanowiłem podjąć męską decyzję i w końcu rozwiązać zagadkę stulecia - gdy mijałem rozkopane pobocze przy wyjeździe z tej miejscowości zagadnąłem jednego z robotników:
- Przepraszam, co tu będzie? Chodnik czy ścieżka?
- Noooo, coś takiego pół na pół, chodnik ze ścieżką.
- Ale całe z kostki?
- Tak.
Shit :( Resztki nadziei prysły. Tak więc pod koniec drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku buduje się oto takie coś. Łapy opadają pod łańcuch.

Trwa European Cycling Challenge. Niby o tym wiem, ale gdyby nie taki przypominacz, na który natrafiłem gdzieś na siódmym kilometrze, zapomniałbym po raz enty o włączeniu aplikacji zliczającej kilosy. Biorąc pod uwagę, że codziennie ruszając aktywuję co najmniej dwie, do tego radio lub odtwarzacz muzyki - czuję się rozgrzeszony. Ale zachęcam tutejszych kręcących, bo Poznań póki co jest daleko w tyle, do walki.









