Bez zwłok(i)
Zanim ruszyłem to spojrzałem na te kilka drzew za oknem, które póki co obroniły się przed Szyszkomanią. Mina mi zrzedła, bo miałem wrażenie, iż ich czubki intensywnie chcą przywitać się z korzeniami, tak wiało. Nic nowego od jakiegoś pół roku, ale to co miotało mną dziś (i jak widziałem wszystkimi bez wyjątku mijanym rowerzystami) to już była gruba przesada - kilka razy zostałem nawet przesunięty przy bocznych powiewach, co niekoniecznie wpłynęło pozytywnie na komfort jazdy :) No nic, wmordewind mieszany z bocznowindem przez prawie 100% drogi powoli staje się normą.
Za cel wybrałem sobie pewną miejscowość, o której już pisałem kilkukrotnie, wklejałem też zdjęcia. Chodzi o malutkie Radzewice (wieś, w której odkryłem bardzo fajną agroturystykę - polecam), do tej pory zupełnie nieznane i ciche. Ale kilka dni temu zdarzył tam się incydent, który był omawiany w ogólnopolskich mediach, a jak na moje jego bohater zasługuje na Nagrodę Darwina, przyznawaną (wręczyć osobiście niestety jej się nie da) osobnikom, którzy wybrali najgłupszy sposób odejścia z tego łez padołu. Ów inteligent, czyli jakiś dilerek narkotykowy eskortowany przez policję, uciekł z radiowozu pod pretekstem pożegnania się z mamusią. Drogą ucieczki była rzeka Warta, czyli od biedy w marę logiczna decyzja, problem w tym, że synalek miał na rękach kajdanki. Cóż, ciała nie znaleziono do dziś, ale skoro już tam byłem to i ja na chwilę postanowiłem zatrzymać się przy porcie i rzucić okiem. Niestety pudło, nie będę sławny :) Za to cyknąłem sobie fotki, żeby nie było, że kręciłem na darmo.


Zwłok nie było, więc ja się zawinąłem bez zwłoki. Jako że droga w jedną stronę prowadziła przez Starołęcką, Czapury, Wiórek i Rogalin, to powrót wykonałem ponownie przez zatłoczony dziś Rogalin, ale potem już kierując się na Mosinę, Puszczykowo oraz Luboń. Wiatr mnie masakrował, a zieleń kusiła, więc... W ramach nagłego zewu przyrodniczego zjechałem, a w sumie wlazłem w las. Nie żałuję - bo te leśne przestrzenie w Rogalińskim Parku Krajobrazowym są przepiękne. Połaziłem sobie chwilę, znalazłem przepiękny, stary, choć lekko już zdechły dąb, przy którym człowiek czuje się jak krasnal, oblazły mnie mrówki... Co więcej do szczęścia potrzeba? :)




Pozytywnie naładowany zawinąłem żagle (prawie dosłownie, bo czułem się jak podczas sztormu) i jakoś dotarłem do domu. Zdecydowanie żądam więcej czasu na takie spokojne wypady, a nie z perspektywą pędzenia do roboty. To jest mój postulat na 1 Maja. A skoro czas nam się lekko zapętlił politycznie, to... niech nam się święci :)









