Siekierki, motyka... :)
W nocy podobno temperatura oscylowała koło zera, natomiast gdy ruszałem koło ósmej rano było już aż trzy na plusie. Gdy wracałem lał się natomiast prawdziwy żar tropików - całe siedem stopni! Żeby jednak mi się w tyłku nie poprzewracało od tych upałów to ryzyko udaru słonecznego zostało zminimalizowane przez zimny, mocny i dokuczliwy wiatr z północnego wschodu. Dziękuję Ci, wiosno, żeś taka łaskawa :)
Pierwsza część trasy to kilkanaście kilometrów miastem, z Dębca przez centrum, wzdłuż Malty. Na moście Tylman (czyli Rocha) przyuważyłem całkiem sprawne powstawanie Wartostrady - brawo, może w końcu będzie ona miała ręce i nogi. pozwalając w przyszłości nie tarabanić się aż tak bardzo jak to ma miejsce aktualnie pomiędzy puszkami...

W końcu za Antoninkiem wydostałem się z tego oceanu czerwonych świateł i powoli docierałem do Swarzędza, gdzie owych świateł było już zaledwie morze. Pozdro z drogi! :)

Następnie wzdłuż krajowej piątki do Paczkowa, tam sobie zakręciłem na Siekierki i Tulce. To był jedyny kawałek z powiewem w plecy, bo oczywiście początek, jak i nieoczywiście cała reszta to walka z podmuchem. Końcówkę dokręciłem klasycznie, przez Żerniki, Krzesiny i Starołęcką, by zameldować się na Dębcu.
W Siekierkach Wielkich trafiłem akurat na chwilę po końcu mszy, co zawsze dodatkowo mnie stresuje, bo nie ma nic gorszego niż Polak po rozgrzeszeniu, ruszający samochodem w świat ze świeżym limitem do wykorzystania. Był z tego jeden plus - w końcu udało mi się dostać do środka drewnianego kościoła pod wezwaniem świętej Jadwigi. Misja zaliczona, bo pomimo tego, że do panów w sukienkach oraz rodzimej wersji katolicyzmu czuję delikatnie mówiąc awersję (z wzajemnością), to nawiedzać świątynie, szczególnie te drewniane, uwielbiam :)


Zmarzłem dziś. Nawet walczyć o wynik mi się nie chciało. Już nie mówiąc o motywacji do pójścia do pracy. Choć tego ostatniego to akurat nie mam nigdy :)








