Pamiętacie zapewne tytułowy film... Bill Murray budzący się każdego ranka w tym samym łóżku, przeżywający w kółko ten sam dzień. No to dokładnie mam ten dzień rowerowego świstaka od kilku miesięcy, może z pojedynczymi wyjątkami. Wstaję, za oknem widzę najczęściej pochmurne niebo, po wskaźnikach termometru ciężko jest stwierdzić czy mamy jeszcze zimę czy już wiosnę, a przede wszystkim występuje punkt kluczowy - ten sam, koszmarny i upierdliwy wiatr. Który dziś przekroczył już granice zdrowego rozsądku, jeśli w ogóle kiedykolwiek je miał. Co finalnie kieruje mnie do rozpoczęcia dnia świra.
Ciężko z motywacją do wstania, ale tak już pisałem - samo się nie wykręci. Zwlekłem się więc dziś przed pracą, wypiłem kawkę i ruszyłem. Jak żółw ociężale, para buch... Zresztą jaka para? Nawet gdyby była to ciągnąłby się za mną prawie poziomy jej pas, bo poruszanie się do przodu łatwe nie było. Nie mówiąc już o utrzymaniu pionu na wiaduktach, zakrętach oraz rondach, gdzie podwijało koła nieziemsko. A na trasie latały mi przed kierą gałęzie oraz fragmenty... świeżo wyciętych drzew. Tyle w temacie bezpieczeństwa, które zapewnia wycinka.
Zrobiłem jeden z klasyków, z Dębca przez Plewiska, Skórzewo, Zakrzewo, Więckowice, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i Plewiska do domu. I tyle - po prostu kolejny dzień świroświstaka :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"