Zgrzeszyłem. Widocznie. Tylko nie wiem czym. Są dwie opcje - piątka w katolickiej klasyfikacji grzechów ciężkich to "nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu". No ale pokażcie mi jednego niewinnego podczas ostatnich dni.
Cisza :)
Opcja druga to siódemeczka, czyli gnuśność, w nawiasie lenistwo. I to chyba będzie to - zamiast jak ostatnimi dniami informować kury, że już mogą wstawać, postanowiłem dziś jak jakieś panisko wyspać się AŻ do dziewiątej. No i zostałem pokarany. Jeśli tak to działa to tym bardziej się cieszę, że wypisałem się już z tej bajki :) Od razu też dodam, że tradycję śmiguso-dyngusową uważam za jedną z najbardziej debilnych.
Plan był prosty - podjechać do Radzewic, nawiedzić "agroturystujących" się w Wielkopolsce rodzicieli, chwilę pobyć i wrócić do domu na zasłużony odpoczyn. Było fajnie na etapie planowania. W momencie, gdy moje cztery litery znalazły się (po godzinie dziesiątej) na zewnątrz zaczęło kropić, a po kilku minutach otrzymałem wspomnianą karę - ulewę z nieba. Super :/ Przystanąłem sobie więc na jakimś przystanku w Luboniu, co już było pokutą zbyt okrutną, bo nie dość, że zimno i mokro, to jeszcze w jednej z moich "ukochanych" miejscowości. Poczekałem sobie dobre piętnaście minut, podczas których zastanawiałem się co dalej, by w końcu zdecydować, że jadę, bo jak się wydawało pogoda luzuje. Gdzie tam. Przez chwilę faktycznie miałem wodę jedynie pod kołami, a nie nad kaskiem, ale na dziesiątym kilometrze wszystko wróciło do "normy".
I tak już jestem przemoczony - pomyślałem sobie - więc... Podjąłem wyzwanie pogodowego gnoja i jechałem dalej, przez Mosinę, Rogalinek, Rogalin oraz Świątniki docierając do celu. Bez zapowiedzi, więc zostałem kinder niespodzianką :) W zamian za poświęcenie dostałem zastępcze skarpetki, herbatę oraz ciasto, wysuszyłem też na ile się dało obuwie. Nie zamierzałem długo siedzieć, tym bardziej, że znów na chwilę się przejaśniło, więc pożegnałem się, założyłem jeszcze na nogi foliowe woreczki i ruszyłem z powrotem do domu, tym razem przez Rogalinek, Wiórek, Czapury i Starołęcką.
Miało być z wiatrem - nie było. Zmienił kierunek z południowo-zachodniego na północno-wschodni. Miało być już sucho - nie było. Momentalnie ulewa zamieniała się w kapuśniaczek, to to, co najlepsze mogę powiedzieć o aurze w tym temacie. Eh, nieświadomemu grzesznikowi zawsze pod górkę, nawet na płaszczyznach :) Kręciłem zrezygnowany przed siebie, w afekcie zaliczając nawet DDR-kę na Starołęckiej, ale nie całą, bo na wysokości wiaduktu nad A2 blokował ją reporter TVP wraz z kamerzystą, jak widziałem informujący o karambolu, który wydarzył się poniżej. Nawet nie chciało mi się krzyczeć nic o Kurskim, co już świadczy w jakim stanie byłem :)
Pralka otwierała paszczę już na klatce schodowej. Nażarła się chwilę później, a ja ciepły prysznic potraktowałem jako najgenialniejszy wynalazek ludzkości. Tym samym odpokutowałem wciąż nie wiem co, do tego będąc agostykiem. Ale teraz przyszła mi na myśl jeszcze jedna opcja - niedawno chciwie patrzyłem na karbonowy sprzęt jednego z kolarzy, z którym kręciłem na trasie. A pod numerem cztery stoi jak byk: zawiść, w nawiasie zazdrość. Cholera jasna! :)
Komentarze (17)
W pokoju to chyba tylko na trenażerze. Ja wiem, czy to takie fajne...? ;)
Spoko, jeśli tak to finalnie i tak umrę na jakiejś kolejnej wojnie wynikającej z debilizmów-nacjonalizmów, więc... fajnie się kręciło w młodości w pokoju :)
Nowe pokolenie 20-letnich prawicowców zamieni koszulki z Mordercami Wyklętymi na hipsterskie szmaty, poleci za kasą i tyle ich widzieli. Część okaże się homo, część spłodzi jakieś tam dzieciory i wtopi się w polską smutną codzienność... Tak to z modami bywa. Szczególnie gdy Korwin już odejdzie w niepamięć z innymi Kukizami :)
Nie bywam, bo jakoś omijają mnie zaproszenia na takie imprezy :) mam to szczęście, że moi znajomi słabo się płodzą, choć pewnie kumulacja w końcu nadejdzie :)
Żeby Cię dobić powiem, że bywałem kilka razy na spotkaniach krisznowców (najadałem się za wszystkie czasy), na mszach prawosławnych oraz spotkaniach buddystów. Jak widzisz mam spore doświadczenia w temacie sprawdzania swego podejścia do sił wyższych :)
Zapamiętałem, bo tak bardzo mnie to zszokowało. ;) A jak już się tak spowiadasz ;) publicznie - to czy na Pierwsze Komunie w rodzinie dajesz się namówić? ;)
Ano dobrze pamiętasz - misja święconka odbyta została rok temu, obyło się bez ofiar, jedynie jeszcze bardziej okopałem się w okopach po wypadzie na teren wroga :P
W tym roku wystarczył mi już jeden pogrzeb - i więcej nie zamierzam się pojawiać w miejscach, których z natury unikam.
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"