Pierwszy pół-nie-glut serwisowy
Plan wymyśliłem sobie tak 50 na 50. A konkretnie - podzielić sobie rowerowanie na pół, czyli klasyczne glutowanie. Etap pierwszy to wycieczka crossem, tak zaplanowana, żeby do miejsca oddalonego ode mnie o dwa kilometry dołożyć brakujące trzydzieści. Prawda, że to rozsądne? :) Pojechałem więc najpierw na południe, do Lubonia, potem w Wirach skręciłem na Komorniki, potem Szreniawa, Rosnowo, znów Komorniki, Plewiska i dalej już przykry dla psychiki kurs przez zakorkowany Poznań ulicami: Grunwaldzką, Grochowską i Hetmańską, tak żeby dotrzeć do sklepu rowerowego na Traugutta. Tam specjalnie dla mnie ściągnięto na dziś zupełnie niedrogie koło, co prawda marki "takiej se", ale już dawno stwierdziłem, że nie ma co specjalnie inwestować w drogie rzeczy do taniej szosy. Kupiłem je na zaś, bo wciąż miałem nadzieję, że uda się jeszcze naprawić dotychczasowe. A zrobić sobie prezent zawsze można ;) Jedyny minus, którego nie przyuważyłem wcześniej to mocowanie na śruby, a nie na samozamykacz, co zmusi mnie do wożenia ze sobą kolejnego elementu.
Podziękowałem za szybką interwencję (szacun!) i z kołem w jednej ręce ruszyłem do domu. Zapomniałem tylko, że w crossie mam niesprawny jeden z hamulców. Szybko sobie przypomniałem na pierwszych światłach, dzięki czemu pewnie szybciej przyjdzie mi decyzja o kupnie nowych butów :)








