Burakoholizm
Miałem spory dylemat jaki rower wybrać. Finalnie znów padło na crossa, bo jednak ciut stabilniej czuję się, gdy mam pod sobą coś, czemu bliżej do słonia niż do leciutkiej (choć i tak ciężkiej) szosy. W sumie decyzja dobra, ale przez to poruszanie się przez pierwszą połowę trasy (Dębiec-Luboń-Wiry-Komorniki-Konarzewo-Trzcielin) trwało jakiś miliard lat. Powiew praktycznie zatrzymywał mnie w miejscu, a w pewnym momencie odpuściłem sobie mocniejsze ciśnięcie na pedały, bo paradoksalnie wtedy jechałem jeszcze wolniej. Taka ciekawostka :)
W Konarzewie zaczęło mi dziwnie pachnieć. Zapach był, hmmm... Jakby go bezpiecznie opisać... O, to była woń oddechu dżentelmena proszącego pod Biedronką o jakieś "grosze" (w przybliżeniu pięć zeta). Zacząłem się w panice rozglądać czy może nie siedzi mi na kole jakiś tutejszy dziadek, zmotywowany promocją na taniego bełta. W sumie przy moich dzisiejszych osiągach byłoby to całkiem możliwe. Ale nie - plecy miałem "czyste". Odór zniknął, by pojawić się kawałek dalej, przed Trzcielinem. W tym momencie skojarzyłem go z opisywanymi już hałdami ziemniaków, które magiczne okazały się burakami. Nie wiem jakie procesy zaczęły w nich zachodzić, czy to jakaś fermentacja czy inne magiczne słowa zbliżone do gnicia, ale prawie upiłem się samym przejechaniem obok owych górek. Ciekawe ile bym wydmuchał w razie kontroli :)
Powrót przez Dopiewo, Palędzie, Dąbrówkę i Plewiska poszedł mi już ciut sprawniej, bo udało się odrobić średnią o całe trzy kilosy na godzinę, ale i tak głównie dostawałem wietrzne kuksańce z boku. Generalnie wyjazd uznaję za sympatyczny, głównie ze względu na to, że w przeciwieństwie do ostatnich dni podczas jazdy nie unosiła mi się z otworu gębowego mgiełka i nie wyglądałem jak parowóz.








