Mikołajki pod
względem rowerowym musiałem skazać na straty. Jak zwykle dzięki
uroczej pogodzie, która najpierw zafundowała mi śliskie drogi,
potem śnieg, następnie deszcz, a w końcu miks jednego z drugim. W
związku z tym pomęczyłem się jedynie na chomiku, z którego
wykręciłem 34 kilometry ze średnią lekko ponad 33 km/h.
Dziś było już
lepiej. Przynajmniej w temacie pogody. Co prawda na tyle zimno i na
pierwszy rzut oka mało komfortowo jeśli chodzi o warunki drogowe,
że wybrałem crossa, co w sumie jak się okazało było najlepszym
wyjściem z kilku względów, o których poniżej.
Ruszyłem zgodnie z
„teorią wielkiego powiewu” na południe, przez Luboń,
Puszczykowo, Mosinę. W związku z wybranym środkiem transportu
postanowiłem odwiedzić miejsce dawno nienawiedzane, a żeby to
zrobić musiałem przepchać się całą koszmarną ddr-ką
(dupa-dupa-rower) przez Krosinko do Drużyny Poznańskiej.
Tam stanąłem przed zamkniętym przejeździe kolejowym.
Kawałek dalej, za miejscowością Nowinki pojawiło się to, na co czekałem. Kojarzyłem "to" z wycieczki z okolic lata i byłem ciekawy czy istniejący tam zupełnie nieśmieszny drogowy żart wciąż stoi. No stoi. Od zawsze zastanawia mnie co siedzi w głowie takiego urzędasa, który decyduje o powstaniu znaku zakazu, jednocześnie ustawiając kolejny abstrakcyjny na leśnej ścieżynce. Może bym jeszcze to był w stanie zrozumieć w mieście, na szerokopasmówkach, przy dobrej infrastrukturze rowerowej. Ale tu? I teraz najlepsze - gdy poruszamy się w przeciwnym kierunku, czyli ową ściechę mamy po naszej prawej to... zakazu nie ma. Ot, polska logika.
Ja oczywiście jak zwykle doznałem nagłego ataku daltonizmu :) Dokręciłem sobie do Iłówca, zaliczając kolejne absurdy, nimi też wróciłem.
W Drużynie Poznańskiej stanąłem przed zamkniętym przejazdem kolejowym. Tak dla odmiany.
Zaliczyłem karnie już każdą UTWARDZONĄ ddr-kę. A co, jechałem crossem, stać mnie. Myślałem nawet przez chwilę, żeby przycisnąć trochę ze średnią gdy już wiało mi w plecy, ale w Puszczykowie najpierw stanąłem w korku, znów za sprawą naszych kochanych "drzew-źników", a potem poruszałem się tempem nieogarniętego ślimaka przez jakiś kilometr w sznurze samochodów. I to był kolejny dowód na to, że zrobiłem dobrze wybierając crossa, bo na szosie dostałbym już dawno zawalu, zgarnęłaby mnie karetka i nie wykręciłbym swoich pięciu dyszek :)
Komentarze (14)
Dariusz - ZDM to jeden z najbardziej przerażających skrótów w tym mieście ;)
Mors - dobry pomysł. Ale jakby co nie ja to napisałem :)
Tam jest, na odcinku jakichś 100 metrów. A na moje powinien być wcześniej, gdzie pojawia się przejazd przez ulicę dla rowerów (w domyśle - kontynuacja):
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"