Spotkanie przy huraganie ;)

Środa, 5 października 2016 · Komentarze(7)
Nie ma łatwo. Miesiąc temu Afryka, teraz Arktyka... zwariować można z tą pogodą w naszym kraju. Bogu dzięki, że choć mamy taki fajny i przewidywalny rząd, bo byłoby zupełnie nieciekawie :P

Gdy otworzyłem oczy nastąpiło małe deja vu z wczoraj. Znów wiatr wyginał drzewa, znów z kierunków północnych, choć zgodnie z prognozami tym razem z tylko zachodniej strony. Co okazało się jak zwykle ściemą, do czego nawiążę jeszcze raz, tylko że kawałek dalej. Różnice były dwie istotne - poniedziałek przywitał mnie niebieskim niebem, wtorek - chmurami, które co chwilę walczyły o dominację z kawałkami błękitu. A w domyśle było nieuniknione - deszcz. Drugim novum była temperatura - pierwszy tydzień października i wyjazd przy siedmiu na plusie, które dwie godziny później wzrosły o całe dwie kreski - no no, globalne ocieplenie pełną gębą :)

Ruszyłem pod wiatr, najpierw do Plewisk, potem Skórzewo, Wysogotowo, Sierosław, Więckowice, gdzie przez chwilę poczułem, że poruszam się do przodu, a nie stoję w miejscu. Cudowna sprawa, ze trzy kilometry rozkoszy :) W Dopiewie optymistycznie postanowiłem utrzymać trend, ale... znów zaczęło wiać mi w pysk. Nawet mnie to nie zdziwiło... Znów w pozycji embrionalno-przyłańcuchowej dotarłem do Palędzia, gdzie za zakrętem usłyszałem klakson, z gatunku tych sympatycznych, a po chwili zauważyłem, że jego autorem jest siedzący za kierownicą Jurek57. Pomachaliśmy sobie, wykonałem samobójczy manewr nawrotu przed sznureczkiem puszek jadących za mną i po chwili gawędziliśmy sobie już z Jurkiem na poboczu, ugadując głównie jedną Niezwykle Istotną Kwestię :) Gadało się miło, ale w samo południe musiałem być w pracy, a J57 w domu, więc trzeba się było rozjechać. Na pożegnanie wziąłem jeszcze Jurka za świadka, pokazując na łopoczącej nad nami fladze, że autentycznie znów będę kręcił pod wiatr. Tym samym do teorii o zamachu w Smoleńsku doszła nowa, tylko że tę akurat ktoś jest w stanie potwierdzić :)

Końcóweczka to kurs przez Dąbrówkę, serwisówkę przy S11, znów Plewiska. Niebo robiło się z minuty na minutę coraz bardziej ciemne, pod domem nie było już na nim kawałka błękitu, a gdy jechałem do pracy już lało. Poniżej widok z cyklu "którędy na Mordor?".

Średnia... taaaa... średnia... hm.. pomińmy ten temat. Cud, że w ogóle dojechałem do domu :)

Komentarze (7)

Faktycznie. Zawsze się zastanawiałem skąd te przerwy w liniach, skoro polscy kierowcy mają je głęboko gdzieś. I już wiem :)

Trollking 20:59 poniedziałek, 10 października 2016

Tak wiało, że aż poprzerywało linię ciągłą na jezdni ;-)

lipciu71 22:23 sobota, 8 października 2016

Mors - no fakt. W tak wielkim ogromie zdjęć, które widać ostatnimi czasy musiałem o czymś zapomnieć :)

Remik - złośliwcze... Tych podjazdów na pełno było więcej, bo już jeden wjazd na wiadukt generuje spory podjazd, ale nie chce mi się korzystać z jakichś serwisów "trasowych" do wyliczeń, więc podaję ze Stravy, która sporo zaniża. Tak samo zresztą robię gdy jestem w górach, z pełną świadomością, że się krzywdzę "in minus".

Trollking 16:58 czwartek, 6 października 2016

58m podjazdów na 52km. Górzysta trasa więc się tą średnią tak nie przejmuj, w górach jeździ się nieco wolniej niż normalnie.

rmk 15:46 czwartek, 6 października 2016

Brak zdjęć flagi! ;p

mors 20:16 środa, 5 października 2016

Iiiii tam :) jeżdżąc szosą prędkości są inne, a ta moja woła o pomstę do... hmm... piekła :)

Trollking 16:05 środa, 5 października 2016

Średnią masz kosmiczną. Żeby wykręcić taki wynik musiałbym podpiąć się do auta mojego dyrektora :)

Bitels 14:23 środa, 5 października 2016
Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa przed

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]