O huraganie i źródełku

Wtorek, 4 października 2016 · Komentarze(6)
Wczoraj – po raz pierwszy od dawna – padał deszcz. Nie tyle padał, ile lał się z nieba przez cały cholerny dzień, do tego taki, którego najlepszą cechą było to, iż jest wolny od pracy. Standard. W sumie był mi taki potrzebny, bo znów się porządnie wyspałem, zjadłem w spokoju śniadanie, wypiłem kawkę, wskoczyłem na znienawidzonego chomika, na którym wykręciłem 33 kilosy ze średnią 32,8, wróciłem do „Gry o tron”, usiadłem do zaległych książek, zrobiłem sobie spacer po piękniejącym jesienią Dębcu (wiem, wiem, to jak powiedzieć o teściowej, że przepięknie się prezentuje w najnowszych kalesonach i kaloszach, ale naprawdę – dzielnica mi z roku na roku ładnieje). I... odpocząłem. Jeden taki dzionek jest jak na moje ok. Powtarzam: jeden :)

Dziś już mogłem z radością witać teoretycznie świetną pogodę, bo chmur mało, a i temperatura ledwo wychylająca się ponad dziesięć stopni mi niegroźna. Tylko... no zgadnijcie co? :) Jeśli tym razem ktoś mi napisze, że dziś nie wiało lub wiało umiarkowanie to od razu proszę pod tą informacją o namiary na dilera, bo rozprowadza widocznie pierwszorzędny towar. Już zerkając za okno miałem wrażenie, że zaraz urwie mi co nieco, a gdy wyruszyłem – bo postanowiłem zaryzykować na głodzie jazdę szosą – już nie było to jedynie wrażenie. A że robiło to z mojego „ukochanego” północnego-wschodu to miałem komplecik, istny zestaw „zmasakruj się razem z nami”. Dwanaście kilosów miejskiej rzezi, żeby na kolejne znaleźć się na terenach przejezdnych, zawrócić i znów walczyć z tym samym... tak, Bóg zaiste nie istnieje. A jeśli istnieje i pozwala na takie rzeczy to dla mnie nie istnieje :)

Połowę trasy z Dębca przez okolice Malty, Miłostowa do Kobylnicy, gdzie odbiłem bardziej na północ, chowając się w tereny zalesione i kręcąc do Wierzonki, Karłowic oraz kawałka przed Tucznem, wykonałem z kaskiem z grubsza w okolicach łańcucha. Nawet to nie pomogło – miażdżyło mnie i masakrowało. Powrót był już zdecydowanie sympatyczniejszy, ale i tak strat wojennych nie odrobiłem. Za to dzień przerwy ujawnił we mnie niespotykane źródła spokoju – nie przeszkadzały mi światła, korki, świst w uszach. Po prostu cieszyłem się jazdą. Tak się cieszyłem, że efekty widać po „wybitnej” średniej – osobom niepełnosprytnym nie powinno się dawać roweru :)

Aha, źródełko spokoju wyschło w mig, po pierwszej godzinie w robocie.  

Komentarze (6)

Morsie, zima idzie, odpoczniesz sobie ode mnie jeszcze sporą ilość razy :)

Na trenażerze nie wiało, bo nie mam trenażera, a rower stacjonarny :)

Trollking 18:05 środa, 5 października 2016

My też sobie ładnie odpoczęliśmy w poniedziałek. My - czytelnicy niniejszego bloga. ;)))

PS. nie napisałeś, jak bardzo wiało na trenażerze. :))

mors 23:50 wtorek, 4 października 2016

No to już wszystko stało się jasne! :) a ja biedny tak kręcę nieświadomie :)

Trollking 20:47 wtorek, 4 października 2016

Nooo :) Trąba Pyrlandzka :) Cholera silniejsza od Katriny.

Bitels 20:30 wtorek, 4 października 2016

To ta cholera ma już nazwę "po poznańsku"? :)

Trollking 20:09 wtorek, 4 października 2016

W Łodzi też dziś wiało po poznańsku :)

Bitels 18:36 wtorek, 4 października 2016
Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa sajaj

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]