Wczoraj – po raz pierwszy od dawna –
padał deszcz. Nie tyle padał, ile lał się z nieba przez
cały cholerny dzień, do tego taki, którego najlepszą cechą było to, iż jest wolny od pracy. Standard. W
sumie był mi taki potrzebny, bo znów się porządnie wyspałem,
zjadłem w spokoju śniadanie, wypiłem kawkę, wskoczyłem na
znienawidzonego chomika, na którym wykręciłem 33 kilosy ze średnią
32,8, wróciłem do „Gry o tron”, usiadłem do zaległych
książek, zrobiłem sobie spacer po piękniejącym jesienią Dębcu
(wiem, wiem, to jak powiedzieć o teściowej, że przepięknie się
prezentuje w najnowszych kalesonach i kaloszach, ale naprawdę –
dzielnica mi z roku na roku ładnieje). I... odpocząłem. Jeden taki
dzionek jest jak na moje ok. Powtarzam: jeden :)
Dziś już mogłem z radością witać
teoretycznie świetną pogodę, bo chmur mało, a i temperatura ledwo
wychylająca się ponad dziesięć stopni mi niegroźna. Tylko... no
zgadnijcie co? :) Jeśli tym razem ktoś mi napisze, że dziś nie
wiało lub wiało umiarkowanie to od razu proszę pod tą informacją o namiary na dilera, bo rozprowadza widocznie pierwszorzędny towar. Już
zerkając za okno miałem wrażenie, że zaraz urwie mi co nieco, a
gdy wyruszyłem – bo postanowiłem zaryzykować na głodzie jazdę
szosą – już nie było to jedynie wrażenie. A że robiło to z
mojego „ukochanego” północnego-wschodu to miałem komplecik,
istny zestaw „zmasakruj się razem z nami”. Dwanaście kilosów
miejskiej rzezi, żeby na kolejne znaleźć się na terenach
przejezdnych, zawrócić i znów walczyć z tym samym... tak, Bóg
zaiste nie istnieje. A jeśli istnieje i pozwala na takie rzeczy to
dla mnie nie istnieje :)
Połowę trasy z Dębca przez okolice
Malty, Miłostowa do Kobylnicy, gdzie odbiłem bardziej na północ,
chowając się w tereny zalesione i kręcąc do Wierzonki, Karłowic oraz kawałka przed Tucznem, wykonałem z kaskiem z grubsza w okolicach
łańcucha. Nawet to nie pomogło – miażdżyło mnie i masakrowało.
Powrót był już zdecydowanie sympatyczniejszy, ale i tak strat
wojennych nie odrobiłem. Za to dzień przerwy ujawnił we mnie
niespotykane źródła spokoju – nie przeszkadzały mi światła,
korki, świst w uszach. Po prostu cieszyłem się jazdą. Tak się
cieszyłem, że efekty widać po „wybitnej” średniej – osobom
niepełnosprytnym nie powinno się dawać roweru :)
Aha, źródełko spokoju wyschło w
mig, po pierwszej godzinie w robocie.
Komentarze (6)
Morsie, zima idzie, odpoczniesz sobie ode mnie jeszcze sporą ilość razy :)
Na trenażerze nie wiało, bo nie mam trenażera, a rower stacjonarny :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"