W końcu pyknęło mi oficjalne 10 tysiaków w tym roku. Oficjalne, gdyż te nieformalne mam już dawno za sobą, bo nie zliczam przejazdów rowerem miejskim, czyli jakichś około stu kilosów więcej miesięcznie, oraz pseudokręcenia na stacjonarnym. W każdym razie - udało się, teraz wszystko co ponad zostanie plusem dodatnim :)
Z tej okazji... nie poszalałem. Znów nie chciało mi się walczyć z podmuchami, więc na spokojnie wykręciłem pięć dyszek kółkiem przez Plewiska, Dąbrówkę. Palędzie, Dopiewo, Trzcielin, Konarzewo, już na stałe poprawiając standard w ten sposób, że w Komornikach odbiłem znów na Plewiska, z radością omijając Luboń.
Tyle celebracji. Jestem ósmy dzień pod rząd w pracy i zaraz zagryzę monitor :)
Komentarze (5)
Starsza - dzięki za wiarę. Ja jestem już teraz sceptyczny i wiem, że nie wykręcę :)
Dariusz - skoro tak to biorąc pod uwagę różnicę wieku oczekuję od Ciebie - i tak zaniżając oczekiwania banalnych 5 tysiaków na miesiąc :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"