Pogoda zrobiła się - przynajmniej rano - całkiem przyjemna, bo było lekko ponad granicą dwudziestu stopni i słonecznie, acz nie upierdliwie. Warunki idealne, szkoda tylko, że kierunek podmuchów zrobił się pólnocno-wschodni, co oznaczało konieczność pokonania miasta z południa na północ i z powrotem. Dzielnie jednak poniosłem ten krzyż.
Po minięciu punktu zero, czyli granicy, kręciło mi się już całkiem fajnie, a nawet wiatr, mimo że strasznie niezdecydowany, nie męczył mnie całą drogę. Cud :) Trasa dziś była po prostu w tę i we wte, czyli przez Kobylnicę do Jerzykowa lub Biskupic (bo nigdy nie wiem właściwie w której miejscowości tam jestem), a następnie swoimi śladami, jedynie delikatnie skorygowanymi w centrum.
Średnia byłaby całkiem dobra, gdyby nie Poznań, w którym straciłem sporo na światłach. Ale generalnie widać, że są wakacje, bo przez co bardziej newralgiczne miejsca przejeżdża się dużo szybciej, a nade wszystko w końcu nie ma studentów, dzięki czemu na tych lepszych pasach rowerowych, jak choćby przy polibudzie, można w końcu przejechać bez obaw o potrącenie pałętającego się robactwa. Jak dla mnie wakacje mogą być pod tym względem przez cały rok.
Komentarze (11)
Jak to nie ma mniejszej połowy? A jak się piwo kończy, wszystko pozamykane, to te 50% w butelce to już nie jest najmniejsza połowa z istniejących? ;)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"