Pomyja
Dodatkowo ostatnio prawie żaden wyjazd nie może obyć się bez niespodzianek. I to nie takich typu, że nagle zatrzymując się na światłach znajduję przypadkowo banknot dwustuzłotowy lub z paki dostawczaka przewożącego karbonowe szosy obsunie się jeden egzemplarz, kierowca się zatrzyma i wręczy mi go mówiąc, że jest milimetrowa ryska na dolnej części ramy i mogę zatrzymać ten uszkodzony bubel.
Nie.
Dziś na przykład na wysokości piętnastego kilometra, mimo że nic tego nie zapowiadało, dopadł mnie deszczyk. Deszczyk na początku, potem już zwykły upierdliwy deszczor. Byłem wtedy w szczerym polu po minięciu Skórzewa, dopiero po jakichś dwóch kilometrach znalazłem schronienie na stacji benzynowej w Wysogotowie. A konkretnie w myjni, którą podczas prawie dwudziestominutowego oczekiwania na wisikanie się chmur zwiedziłem wzdłuż i wszerz, zastanawiając się nad abstraktem swojego położenia – w miejscu, którego najważniejszym elementem jest woda znalazłem się uciekając przed opadem z nieba. Logika z rowerzystą nie zawsze mają po drodze :)

W końcu ruszyłem, ale jako że drogi były śliskie to znacznie zwalniając tempo, które do tej pory było całkiem przyzwoite. Tym samym całe kółeczko przez Więckowice, Fiałkowo, Dopiewo, Gołuski i Plewiska znów zostało „wyślimaczone”, tym bardziej, że pod sam koniec trafiłem na świeżutkie kałuże, bo deszcz do Poznania dotarł trochę później i opuścił go dopiero kilka minut przed moim powrotem.








