Szoping
Zgodnie z planami najpierw się wyspałem, zjadłem śniadanie i lekko po dziesiątej byłem gotowy do wyjazdu, przezornie szykując na dziś crossa, a nie szosę, bo wiatr dziś nie wiał. On założył się z jakimś cholernym kosmicznym odkurzaczem, że jako pierwszy zmiecie wszystko co porusza się po ziemi innym pojazdem niż jakiś pancerny samochód. Przekonałem się o tym jednak dopiero z pół godziny później, bo zanim ruszyłem to lunęło. No tak... nic nowego.
Odczekałem, postanowiłem zaryzykować. Pierwsze kilka kilometrów nawet dawały szansę na jako takie przyzwoite warunki. W miarę suchy minąłem Górczyn i skręciłem na Plewiska, gdzie musiałem zacząć rozglądać się za czepkiem, tak się rozpadało. Nie znalazłem żadnego po drodze, postanowiłem więc uskutecznić szoping. A konkretnie - schować się pod kawałkiem daszku wystającym z przydrożnej szopy. Tak spędziłem dobrych kilkanaście minut.

W końcu przestało, pojechałem dalej, a po chwili... pojawiło się słońce, które towarzyszyło mi aż do Więckowic, do których dotarłem przez Zakrzewo i Sierosław. Urwiszon tak dawał po pysku, że najwięcej energii wkładałem nie w jazdę, ale utrzymanie się w pionie, szczególnie gdy na głównej drodze mijały mnie co solidniejsze TIR-y. Powrót, przez Fiałkowo, Dopiewo, Palędzie, Gołuski i znów Plewiska, poszedł ciut łatwiej, choć ponownie w deszczu, a i bez specjalnej pomocy podmuchów. Eh, życie :)
Mimo wszystko fajnie mi się jechało. Bo, bawiąc się w jakiegoś chorego optymistę, wolę deszcz, wiatr i kilkanaście stopni od tych porąbanych upałów z końca czerwca. A poza tym jazda crossowym czołgiem, bez patrzenia na średnią, a jedynie na przeżycie, to znakomity relaks względem szosy.
Kończąc wątek - oby Walia dziś utarła nosek i przypudrowała żelik Krystynce! :)








