Po weekendzie (o dziwo wolnym) przyszedł czas na powrót do brutalnej rzeczywistości, czyli roboto witaj. A skro witaj to trzeba było być za pan brat również z wczesnym wstawaniem, co jest zadaniem wybitnie trudnym, ale wykonalnym. Choć siły drzemiące w budzikowej funkcji "drzemka" są przeogromne :)
I tak o 8:45 wystartowałem i.... stanąłem. Pokonanie pierwszego kilometra zajęło mi bowiem coś około wieczności. Jeśli trochę przesadziłem to przepraszam, ale takie odniosłem wrażenie poruszając się szosą z prędkością o wartościach ujemnych. Wahadło, objazd, przejazdy kolejowe, autobusy wyjeżdżające z zatoczki, śmieciarka oraz ludzie kursujący z misją samobójczą z jednej na drugą stronę, oczywiście nie zwracający uwagi na to czy akurat trafili na pasy (czy nie trafili, bo ta opcja zdecydowanie była bardziej popularna). Po wydostaniu się z piekła z moich ust wyrwało się jedno wielkie "uffffff...." i pozostało mi nadrabiać stracony czas.
Nadrobiłem niewiele, głównie za sprawą wiatru, co to niby go nie było, a przynajmniej nie widziało się go zerkając na liście (tak, pojawiły już się takowe gdzieniegdzie), ale z zapałem skrytobójcy wbijał zimne ostrza w poszczególne fragmenty próbującego się rozwinąć kolarza. Skończyło się "tak se", ale co tam. Trasa: Dębiec - Plewiska - Gowarzewo (serwisówką) - Dąbrówka - Dopiewo - Trzcielin - Konarzewo - Komorniki - Wiry - Luboń - Poznań. Dość zimno.
Komentarze (7)
Faktycznie - wszystko :) w sumie ja tam się nie dziwię :)
Dariusz - z takim podejściem widzę u Ciebie potencjał! Piękna, godna postawa! Kim Dzong Un z pewnością przywitałby Cię z otwartymi ramionami. Widzę tylko jeden problem - w Korei Północnej głównym pożywieniem są korzonki, z Twoim ukochanym mięskiem krucho :)
Remik - ja też. I się zastanawiam czemu jest tak mało asfaltów w lasach na szosę. Cholerni ekoterroryści! :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"