Wczoraj w końcu po dłuuuugim czasie nastąpił odpoczynek od roweru (jak już żadne siły nie dawały rady to napuszczono na mnie jedną z plag antyrowerowych, czyli deszcz). Krótko tylko (33 km, średnia 32,8) pochomikowałem, a resztę dnia spędziłem w pracy. W sumie opady się przydadzą, bo może zrobi się w końcu zielono, więc tę ofiarę składam w tej intencji :)
Dziś rano (wyjazd 8:20) było już ładnie, a nawet delikatnie "pachło" wiosną. Nawet wiatr specjalnie nie męczył choć oczywiście co do kierunku trwał odwieczny spór między prognozami a rzeczywistością. Ta druga miała przewagę, co oznaczało, że tam gdzie miało pomagać przeszkadzało, a gdzie miało przeszkadzać... przeszkadzało :)
Trasa: "kondomik" od teoretycznie mniej zakorkowanej strony: Komorniki, Stęszew, Dymaczewo, Mosina, Puszczykowo, Luboń. Bez historii i histerii, bo wyjątkowo nikt nie raczył dziś chcieć mnie zlikwidować jakimś klasycznie polskim manewrem z użyciem samochodu. No i fajnie.
Komentarze (8)
Tylko maraton w Obornikach, a nie lubię mieć mokrego tyłka :)
Tu się wyżalę. Cały tydzień jestem uziemiony przez choróbsko. Jutro mógłbym już pojeździć, bo praktycznie już jestem zdrowy. I w sobotę i w niedzielę i poniedziałek, bo mam wolne. I co? I ma padać, padać, padać....
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"