R.I.P.iec
Piątek, 31 lipca 2015
· Komentarze(0)
Dziś kontynuacja z góry przegranej walki z wiatrem. Jedyną różnicą było to, że jego siła ciut-ciut spadła, co oznaczało, że był wczoraj był huragan, a dziś jedynie wichura. Według TEJ SKALI SIŁY WIATRU (a w sumie tabelki na dole) było gdzieś na poziomie punktu dziewiątego, co oznacza, że piwo musiałbym trzymać obydwiema rękami. Spoko, ale ile można jechać bez trzymanki? Teraz dopiero zrozumiałem o co chodziło z tym zakazem picia podczas jazdy :)
Pięć dyszek samo się niestety nie zrobi, więc sapiąc, dysząc i stękając musiałem osobiście wykręcić swoje. Znów za darmo, a w sumie nawet jestem stratny, bo nic nie zarobiłem, a sporo mnie ta jazda kosztowała. Trasa to dojazd przez Plewiska do Dopiewa, potem Więckowice i powrót przez Wysogotowo. Na jednokierunkowej drodze w poznańskim Fabianowie lekko (ale tylko lekko, bo w końcu żyję w Polsce) zdziwił mnie widok dostawczaka jadącego pod prąd. Przyznać trzeba, że jechał bardzo ostrożnie. Może dlatego, że przy uchu miał komórkę? :)
Niniejszym rowerowo miesiąc lipiec mogę uznać za umarły (r.i.p.). Wyszło mi ponad 1650 kilometrów plus to, czego nie wpisuję tłukąc się hulajnogą miejską (bo mentalnie nie jestem gotowy, żeby tratować tego jako roweru). Jeździłem wszystkimi moimi sprzętami, a w sumie tydzień spędziłem w górach, z tyłkiem na siodełku mojego staruszka "mtb", kręcąc w koszmarnych upałach. Miało to wpływ na średnią - zaledwie niecałe 29,3 km/h.
Pięć dyszek samo się niestety nie zrobi, więc sapiąc, dysząc i stękając musiałem osobiście wykręcić swoje. Znów za darmo, a w sumie nawet jestem stratny, bo nic nie zarobiłem, a sporo mnie ta jazda kosztowała. Trasa to dojazd przez Plewiska do Dopiewa, potem Więckowice i powrót przez Wysogotowo. Na jednokierunkowej drodze w poznańskim Fabianowie lekko (ale tylko lekko, bo w końcu żyję w Polsce) zdziwił mnie widok dostawczaka jadącego pod prąd. Przyznać trzeba, że jechał bardzo ostrożnie. Może dlatego, że przy uchu miał komórkę? :)
Niniejszym rowerowo miesiąc lipiec mogę uznać za umarły (r.i.p.). Wyszło mi ponad 1650 kilometrów plus to, czego nie wpisuję tłukąc się hulajnogą miejską (bo mentalnie nie jestem gotowy, żeby tratować tego jako roweru). Jeździłem wszystkimi moimi sprzętami, a w sumie tydzień spędziłem w górach, z tyłkiem na siodełku mojego staruszka "mtb", kręcąc w koszmarnych upałach. Miało to wpływ na średnią - zaledwie niecałe 29,3 km/h.








