W(leń)
Dziś inauguracja - wiatr od rana dość silny wskazywał kierunek północno-wschodni. Szybkie spojrzenie na mapę i kierunek zgodny z moim nastawieniem do jazdy - leń. Z "w" na początku. Wyszedł Wleń. Wyniosłem z piwnicy trupa, czyli starego górala, oceniłem jego zdolność do jazdy w skali od 1 do 10 na 0,9, dopompowałem i ruszyłem. Jak żółw ociężale i tak dalej.
Najpierw podjazd pod Strzyżowiec - minus. Potem zjazd ze Strzyżowca - plus. Co prawda podczas powrotu minus miał stać się plusem i odwrotnie, ale starałem się o tym nie myśleć. Przejechałem Pilchowice i zgrabnymi zakrętasami dotarłem do Wlenia. Przejechałem przez rynek, minąłem immanentnych w takich miejscach koneserów win z półek najniższych, minąłem ratusz i... wyjechałem z Wlenia :) Pokręciłem kawałek dalej za i postanowiłem zawrócić, mając w głowie już pewien cel - odgałęzienie z trasy, prowadzące do ruin zamku. Byłem tam już kilka razy, ale nigdy rowerem. Kilometr dalej przypomniałem sobie czemu - bo nie jestem sadomasochistą :) Wjazd zacny, widoczki zacne, tylko czemu człowiek musi się tak męczyć?

Zamku jako takiego obejrzeć nie miałem zamiaru, bo z rowerem to rzecz niewykonalna, zadowoliłem się tylko kawałkiem murów i mogłem - dosłownie - zjeżdżać.


W drodze powrotnej nie mogłem sobie pozwolić na odpuszczenie tamy w Pilchowicach - zawsze pięknej, dziś jednak niestety z bardzo niskim poziomem wody. Co kontrastowało lekko z zalanymi przez wczorajszą powódź drogami. Wjechałem, cyknąłem fotki i zjechałem, a bardziej spłynąłem wśród błota.



Potem już powrót swoimi śladami. I spojrzenie na średnią - masakra. Choć przyznać trzeba, że trochę musiałem się dziś napocić podczas walki z wiatrem, podjazdami i... rowerem.

PS. Z góry przepraszam za opóźnienia w komentarzach i wpisach. Jest późno i w końcu warto się położyć. W miarę czasu nadrobię. Jutro jeśli już to zapowiada się jakaś krótka rundka, bo w planach wycieczka na czterech kołach, dość wcześnie.








