Muffinki się cieszą... :)
Umówiliśmy się o 8:30 "u Putina", czyli na stacji Lukoil przy Głogowskiej. Ja, jako że miałem trochę czasu, zrobiłem sobie jeszcze rundkę po Luboniu i trochę na okrętkę dotarłem do ustalonego punktu. Po wymianie kilku zdań, między innymi o pszczołach (a co, trzeba mieć szerokie horyzonty), ruszyliśmy dość żwawym tempem na południe, bo w planie było objechanie mojej stałej trasy, przez Stęszew i Dymaczewo. Śmigaliśmy obok, za i przed TIR-ami na jak zwykle zakorkowanej "piątce", którą na chwilę opuściliśmy, żeby zaliczyć objazd przez Rosnowo, gdzie cisza, spokój i sielska atmosfera. W międzyczasie Dariusz dostał telefoniczne zlecenie od mafii, że coś tam coś tam. Czy jakoś tak :)
Dotarliśmy do Stęszewa, tam - jako, że ze mnie złośliwa bestia - zafundowałem kursik po czymś, co w założeniu ma być ścieżką dla rowerów, a w praktyce nie nadaje się do transportu kartofli, po czym skręciliśmy na jedyny słuszny kierunek - czyli bliżej do ciastek :) Ruch nie był wielki, więc można było luźno pogadać i tak miło dotarliśmy do celu. Zanim jednak trafiliśmy do sklepu to zapadła decyzja o podjeździe pod Osową Górę, tym razem od strony ulicy Spacerowej. Czemu? Bo każdy, kto zaliczył dziś tę hopkę X razy miał mieć tyle samo rabatu na serwis. No cóż.może ten 1 procent to nie majątek, ale co nasze to nasze :)
W końcu główna atrakcja - przywitaliśmy się z chłopakami, rzuciliśmy na muffinki i kawę (ciacha miałby być dla pierwszych trzydziestu klientów, stąd wyjazd niemal o świcie), popodziwialiśmy karbony oraz pogadaliśmy o polskiej mentalności - wczoraj bowiem jakaś paniusia mieszkająca w tych okolicach poinformowała, że zglasza do Straźy Miejskiej i na Policję fakt, że rowerzyści wjeżdżający pod Osową Górę będą stanowić zagrożenie dla pieszych, a nawet samochodów. Rozeszło się po kościach podobno, w sumie trochę szkoda, bo jeszcze pod Osową będąc pałowanym nie wjeżdźałem :)
Zjedliśmy, wypiliśmy - misja została wykonana. Pozostał już tylko powrót - znów z wiatrem bocznym lub w twarz. I tym razem mam na to świadka! W Puszczykowie jak zwykle jakiś troglo zaczął machać łysą główką podczas wyprzedzania, ale cóź, żadnemu z nas nie chciało się przejąć konwersacji. Dotarliśmy na Dębiec, wjechaliśmy na serwisówkę Aquanetu, podziwiając piękny znak zakazu ruchu, chwilę pogadaliśmy i każdy w swoją stronę. Tym razem ja byłem Sprite, bo do domu miałem kilometr. Dariusz jakieś siedemnaście. W sumie szacuneczek - wczoraj zrobił stówkę, dziś osiem dych.
Oto moja dzisiejsza trasa - lekko przerobiona :) Jakby ktoś wątpił co trzyma w pysku miś to jest to muffinka :)









