Lobby-tomia
Plusem jest to, że mogę się wtedy wyspać - dziś pobiłem jeden z rekordów, bo leniłem się do dziesiątej. O dziwo po zjedzeniu śniadania i wypiciu kawy deszcz zaczął zamieniać się w deszczyk, ten w mżawkę, a ta z kolei w końcu ustała. Hmm. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. W sumie to nie trzeba było powtarzać ani razu :) Jak zwykle w takich przypadkach odkurzyłem crossa, ubrałem rezerwowe ciuchy i w drogę. Pora jak na mnie dość dziwna, bo po 11:30, ale nie miałem zamiaru wybrzydzać. Pokręciłem bez kombinowania: "rybkę" od strony Plewisk, Skórzewa, Dąbrówki, Dopiewa, potem skręt na Trzcielin i powrót przez Komorniki i Luboń. Wiatr wciąż co najmniej umiarkowany, a momentami koszmarnie upierdliwy.
Na jednym z ostatnich odcinków, podczas zjazdu z Wirów do Łęczycy spadł mi łańcuch, i to tak chamsko, że musiałem otworzyć jednoosobowy punkt serwisowy i odkręcić osłonkę na korbę, bo inaczej nie chciał się wykręcić. Całe szczęście, że wożę ze sobą podstawowe narzędzia, bo inaczej jeszcze bym w tej chwili dreptał z rowerem na plecach. A pech - że nie zabieram ze sobą przenośnej kabiny prysznicowej, bo łapy miałem uwalone jak polski hydraulik w latach 90. po pierwszej robocie na czarno w niemieckiej toalecie.
Podczas jazdy z chmur nie spadła już ani kropla deszczu. Widocznie lobbyści jeszcze zwierają szeregi.








