Rzeź

Niedziela, 5 lipca 2015 · Komentarze(10)
Kategoria Góry
Taktyka czyni mistrza. Według tej teorii postępowałem wczoraj na weselu - piłem na potęgę do określonego czasu, potem jedynie nawilżając się wodą i sokami. Sam Pan Bóg (który - do wyboru) wie, ile mnie to kosztowało. Prawdziwy ze mnie profesjonalista, prawda? :) Dzięki temu zabiegowi udało mi się zmobilizować i po 7:30 rano, czyli w ostatnim możliwym momencie przed spaleniem na żywca przez słońce, wyruszyć w górki. W końcu najlepszym sposobem, żeby pozbyć się procentów jest ich wypocenie.

Ale, do cholery, czemu w sekundę po wyjściu na dwór???

Chwilę po tym, jak temperatura wyssała ze mnie wszystko, co płynne, zdecydowałem się wsiąść na mojego górala. No dobra, "górala".

Nie miałem zamiaru walczyć o wynik, nie miałem zamiaru się spieszyć. Nie wiedziałem nawet czy nie skrócę sobie dystansu do trzech dych. Skierowałem się podobnie jak wczoraj - na wschód, na Rudawy, jednak tym razem z jeleniogórskiej Maciejowej wjeżdżając w okolice Jasiowej Doliny, a potem zjeżdżając do Wojanowa. Na trasie zatrzymałem się na chwilę, żeby cyknąć fotkę. Błąd. Sam sobie dzięki temu załatwiłem saunę z maksymalnym grzaniem.

W Łomnicy skręciłem do Karpnik, z których zacząłem się wspinać na tamtejszą przełęcz - czyli to samo, co wczoraj, ale zupełnie odwrotnie :) Wjazd od tej strony ma jedną genialną zaletę - prowadzi przez las. A zjazd jedną masakrującą wadę - prowadzi w słońcu. Zrobiłem sobie drugą z trzech przerwę - z Krzyżną Górą w tle. I z rowerowym trupem na pierwszym planie.

Zgrabną pętelką nawróciłem przez Trzcińsko do Wojanowa i zadałem sobie pytanie: co dalej? Postanowiłem kręcić dalej. Początkowo wydawało się to dobrą decyzją, ale w Mysłakowicach dostał mnie w końcu temperaturowy kryzys. Pod kaskiem we łbie waliło mi jak młotem, a każde tąpniecie na pedały masakrowało. Nie dla mnie taki klimat. Odległość przecież minimalna, bo co to jest zrobić pięć dych, ale po raz kolejny przekonuję się, że wolę dwie stówy zimą niż dystans mini w ukropie.

Z powrotu pamiętam, że minąłem miejsce wczorajszego wesela, a po wjeździe do Jeleniej wydawało mi się, że złapałem gumę. A poza tym - czarna plama przed oczami. Z całej jazdy najprzyjemniejsze było zniesienie roweru do piwnicy.

Wszystkich miłośników temperatur 35+ raz jeszcze informuję, że życzenie sobie takiej pogody to jak proponować niektórym wyrok śmierci. Jak jest za zimno - zawsze można się cieplej ubrać. W przypadku takiej rzezi jak dziś bardziej skóry z ciała zdjąć się nie da.

Komentarze (10)

Jurek - racja z "!", a nie "?" :)

Romulus - ten mój gruchot nigdy nie doczekał się bagażnika. To wers n a "pure" :)

Remik - no ale to naprawdę było zwątpienie. A że się udało to sratatata in plus :)

Trollking 12:11 wtorek, 7 lipca 2015

Nie pojeżdżę bo to bo tamto. Sratata.

I to wszystko bez hamulców i starym gruchotem.

I za to Cię lubię :D

rmk 21:53 poniedziałek, 6 lipca 2015

Mój "góral" jest całkiem żwawy. :) U mnie z oryginału też została tylko rama, kierownica, i bagażnik.

romulus83 20:52 poniedziałek, 6 lipca 2015

Racja ?
Nie byłoby morza ... gdyby połowy trasy nie było w nocy !

Jurek57 20:33 poniedziałek, 6 lipca 2015

Walery - no jak widać nie...dzielny. Wystarczyłoby się na swoje konto zalogować i byłby dzielny :)

Romulus - ja miałem biały kask. Nie pomogło :) Zrobienie pierścionka trupem - jestem pod wrażeniem. Mój raz na jakiś czas odświeżam, w sumie z oryginału została chyba tylko rama. Pozdrawiam :)

Daniel - to, że za wolno to potwierdzam. Ale miałem czarno przed oczami od temperatury, więc przyspieszenie pewnie by się skończyło wstecznym. Każdy ma inny organizm, ale prawda jest taka, że umiarkowane temperatury nikogo nie zabiły, upały - owszem :)

Trollking 19:49 poniedziałek, 6 lipca 2015

Gorąco? może za wolno jeździsz?:P
A poważnie, to wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Mi np. dziś przy 24 st. było.... zimno.

daniel82 19:36 poniedziałek, 6 lipca 2015

Fajnie, że znalazłeś czas na jazdę, w gościnnych okolicznościach. :) Ja podobnym sprzętem zrobiłem rok temu Poznański Ring, wykręcając przy okazji swoją pierwszą dwusetkę. I po roku, nadal nie wiem, czy być dumnym z roweru, z siebie, czy z nas obu. ;)

Temperatury w weekend żyć nie dawały. W niedzielę moja woda w bidonie (celowo zabrałem biały), po 18 km smakowała jak wystudzony wrzątek, choć na rower wyszła z lodówki. Kolejny raz potwierdzam sam sobie, że na takie dni muszę postarać się o biały kask.

romulus83 14:28 poniedziałek, 6 lipca 2015

He,he... :) Jeśli znam życie, to pewnie Gość nie..dzielny :) Oni tak mają, że po rosole i schabowym potem moralitetów świat roszą :)

Walery 10:23 poniedziałek, 6 lipca 2015

No proszę, i doczekałem się słynnego hejterowego "Gościa" i u mnie. Zaszcyconym :)

Chłopie (babo???), zaloguj się na swoje konto, firmuj wypowiedzi choćby nickiem - łatwiej się będzie konwersowało.

Hamulce mam nowe, przegląd roweru miałem bodajże w marcu czy kwietniu. A jeżdżę tym trupem, bo szanuję sprzęty z duszą, które ze mną są od kilkunastu lat. Wiem, ciężkie do zrozumienia spod klawiatury, laptopy wymienia się częściej.

Kaca nie miałem. Nie sądź proszę po sobie.

Trollking 20:17 niedziela, 5 lipca 2015

Niezła lekkomyślność jeździć takim gruchotem po drogach i to w górach. Hamulce pewnie ledwo żyją a na zjazdach to bym się modlił czy mi koło nie odpadnie. A to wszystko na kacu i w słońcu - a mówią, że rowerzyści są "och i ach"

Gość 19:52 niedziela, 5 lipca 2015
Wpisz dwa pierwsze znaki ze słowa zycie

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]