Udało mi się jednak nie zachorować. Gripex prawdopodobnie okazał się skuteczniejszy od sugerowanych tu przez niektórych leczniczych nalewek, choć na pewno był mniej smaczny. Obiecuję przy pierwszej nadarzającej się okazji nadrobić i ten brak, zapobiegawczo. Choćby nawet na dworze byłby ukrop dochodzący do 40 stopni w cieniu. Zdrowie w końcu jest najważniejsze :)
Wczoraj przed wyjazdem powstrzymał mnie deszcz, zaliczyłem więc godzinę chomika. Dziś już nie było zmiłuj - rano przed pracą z nieba nie chciała za cholerę spaść kropla wody, trzeba się więc było zwlec z wygodnego łóżka, ubrać w ciasne wdzianko i ruszyć na wojnę. Dziś przeciwko sobie miałem nie tylko kierowców, którzy chcieli zrobić miazgę zarówno ze mnie (jeden troglo podczas wyjazdu z lidlowego parkingu, drugi/druga podczas wjazdu na giełdę odzieżową - czyli historia, która nie ma końca), jak i z pieszego przepuszczonego przeze mnie na pasach, którego jadąca jakieś pięćset metrów za mną kretynka prawie przejechała, bo po co się zatrzymywać skoro droga taka prosta? To były pikusie.
Prawdziwym wrogiem okazał się wiatr. Zimny, porywisty, dochodzący do 40-50 km/h, z klasycznego kierunku zachodnio-północno-południowo-wschodniego, dostosowanego idealnie pod końcówkę mojego pyska. Wymęczył mnie strasznie, więc z trasę "samochodzikową" przez Skórzewo, Dopiewo, Trzcielin i Komorniki pokonałem głównie leżąc - albo na kierownicy, albo, w przypadku najmocniejszych podmuchów, z łokciami blisko asfaltu. Brr. Ale zaliczone, co cieszy tym bardziej, że jutro rano wyjeżdżamy na kilka dni i raczej nie uda mi się pokręcić.
Komentarze (3)
Dariusz - jestem tego świadomy, dlatego przed każdym wyjazdem smaruję sobie łokcie płynem używanym do zamrażania pasa startowego samolotów. Najczęściej pomaga :)
Remik - mnie taki kac nie nachodzi. A przynajmniej rzadko :) Pogoda faktycznie "taka se", więc to, że zapewne nie pojeżdżę teraz mniej zaboli...
Zarówno wczoraj, jak i dziś nie miałem kompletnie ochoty na jazdę rowerem. Jutro coś czuję, że będzie tak samo. Mam pourlopowego, rowerowego kaca i nie mam chęci na jazdę. Dobrze, że akurat teraz jest taka pogoda, łatwiej mi to znieść :)
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"