Mam taką osobistą nerwicę natręctw, która polega na kontrolowaniu wieczorem ilości powietrza w kołach. Posiada ona - mimo, że jest nerwicą - swoje racjonalne podstawy, wynikające z nieprzewidywalności tego, co można zastać na polskich drogach i DDR-ach, a także, odkąd nabyłem szosę, z metafizycznej głębi irracjonalności związanej z konstrukcją wentyli Presta. Wczoraj wieczorem po powrocie z pracy jak zwykle zabrałem się za rutynowy ogląd i... znów z tyłu powietrza mniej niż zero. Przestało mnie już to bawić kilka dni temu, bo w tym miesiącu wymieniłem już chyba ze trzy dętki, więc zabrałem się za kompleksowe, powolne i dokładne badanie tematu. Znalazł się winny - mikroskopijny, zupełnie niewidoczny od zewnętrznej strony opony ostry kawałek czegoś, co przypominało opiłek. Było to tak małe, że nie udawało mi się wyjąć - i tu przydał się po raz pierwszy w życiu gadżet zwany paznokciami. Żony, bo moje się do niczego nie nadawały. Na samej gumie na szczęście ślady nie zostały po usunięciu tego shitu, więc powstrzymałem się z powództwem cywilnym wobec rzeczonego opiłka, zadowalając się jedynie wywaleniem go do kibla.
Jakże komfortowo dziś mi się kręciło bez kapcia z tyłu i sprawdzania co chwilę czy jadę jeszcze na dętce czy już na obręczy! Taka mała rzecz, a jak cieszy :) Na początku trasy zawitałem jeszcze do rowerowego na Starołęckiej po zapasową gumę i mogłem korzystać z tego, co dała nam dziś pogoda, a dała wiele dobrego. Nie żeby mnie dziwiło plus 7 w lutym, brak śniegu, lodu i marznącej mżawki, w końcu to norma. A nie, sorry, to w maju :) Wiaterek się trochę wzmógł, więc fragmentami się nieco pomęczyłem, ale nie ma co narzekać. Trasa to nieszczęsny piesek bez nóg, z moim domem pod ogonem - Głuszyna, Gądki, Szczytniki, Tulce i powrót przez Krzesiny. Rowerzystów całkiem sporo - czyżby zaczął już się ten mityczny "sezon"?
Na końcu jeden zgrzyt - kolejna kretynka za kółkiem, dla której coś takiego jak zasady wjazdu na rondo to czarna magia. Prawie by mnie rozjechała, mimo że byłem uprzywilejowany. Jak już jej wykrzyczałem co i jak to we wzroku nie zauważyłem zrozumienia - widocznie paniusia była już myślami podczas zabiegu w salonie kosmetycznym lub romantycznej kolacji z okazji walentynek. Ze sponsorem, który zafundował jej Tigrę, w której siedziała.
Ale żebym nie mówił. Żebym nie prosił o sprawdzenie dogłębne opony. Żebym nie pisał na ten temat. Ale NIE, ON wie lepiej. Normalnie jak moja luba. Cóż, młodym trzeba spokojnie milion razy powtórzyć, naprosić się, a potem oni i tak ze stoickim spokojem powiedzą: Ale w czym problem?
Jeżdżę, bo to kocham. I nie jest to jakieś tandetne hasło reklamowe podrzędnego sklepu sportowego. Na rowerze (z kilkoma przerwami podczas studiów i zaraz po) jestem od kiedy pamiętam. Teraz to być może jest już jakiś pozytywny nałóg - w tym momencie ukłon dla Żony za tolerancję :) aha, nie bywam na ustawkach, maratonach czy wszelakich Tór de Amatór - o wiele większą przyjemność sprawia mi wyprzedzenie kogoś na trasie lub porozmawianie z nim i wspólna jazda. Takie zboczenie :)
Okazyjnie używam kamerki i bywa, że coś czasem nakręcę i umieszczę na pewnym zupełnie nieznanym serwisie. Więcej w zakładce "Filmy, czyli jestę reżyserę"