Jednak nieprzewidywalnik, czyli o żabokurczakoufoludku
Wybór trasy był dziś prosty - przez Wiórek i Rogalin do Mieczewa i z powrotem. Starołęcka pokonana jak zwykle z przeszkodami, ale bez ofiar - pierwszy sukces. Przyzwoita średnia na odcinku do Rogalinka, w okolicach 29 km/h pod wiatr - drugi. Już się cieszyłem na jakiś przyzwoity wynik, gdy w lesie zaraz przed Rogalinem zatrzymałem się przy długim sznureczku samochodów, a przed nim ukazał się sterujący ruchem człowiek-odblask. Wycinka drzew... No dobra, pomyślałem, chwilę poczekam i przejadę. Naiwniak!

Jakoś od 5 do 10 minut później czekałem w tym samym miejscu, a jedyne co się zmieniło to wysokość nad poziomem morza panów "wycinaczy" oraz tragiczny los gałęzi i konarów, które dokonywały żywota już na asfalcie. Stwierdziłem, że nie sensu czekać, bo może chłopaki są aktualnie w pracy, ale ja żeby się do niej dostać muszę być co najmniej w Poznaniu, więc zawróciłem.
Jako że kilometraż na liczniku pokazywał zaledwie liczbę 22 to postanowiłem pojechać jeszcze w kierunku Mosiny, tam się pokręcić i wrócić przez Puszczykowo. No cóż, mam ten talent do wbijania sobie gwoździ do trumny :) W Mosinie korki, a ja wpadłem na pomysł, żeby zobaczyć jak wygląda aktualnie droga na Sowiniec, którą kiedyś z ciekawości zaliczyłem na MTB i już wtedy stwierdziłem, że do takiej jakości asfaltu bardziej adekwatny byłby czołg. Nie zawiodłem się w pierwszej części, tej mosińskiej - 1,5 kilometra walki z wulkanami już na zawsze pozostanie w mej pamięci. Ale potem - szok. Jaki? A taki oto:

Aż musiałem spojrzeć na gps czy dobrze jadę - przecież TAKIEGO asfaltu się nie spotyka, tym bardziej tu :) Można? Można. Jednak podróż powrotna wyleczyła mnie z tego szoku, m.in. dzięki temu, że niemal połamałem obydwa koła na przejeździe kolejowym, takie tam były dziury. Uff - znów wśród swoich :)
Wyszło jak wyszło, średnią nie mam się co chwalić, ale plus dodatni w postaci niespodzianki remontowej będzie do wykorzystania. Mam wątpliwości co narysowałem na mapie - kurczaka? Żabę? UFO? Przy okazji udało mi się skończyć ostatnią książkę Mankella z Kurtem Wallanderem w roli głównej - cóż, całość zajęła mi jakieś pół roku, trochę szkoda, że to już koniec, ale czas znaleźć sobie nowego towarzysza do kręcenia.








